| Kosmetyki, które uwielbiam tego lata |

Chyba nikt z nas nie lubi nosić ciężkich kosmetyków, które podczas upalnych dni spływają z twarzy. Na co dzień nie nakładam makijażu, chyba, że mam na to ochotę, ale z racji, że wybieram się na morze, gdzie będzie gorąco i kolorowo, szkoda nie zabrać kilku kolorowych produktów ?

Dlatego pokażę Wam, co lubię nakładać, kiedy spodziewam się wodnych igraszek i prażenia na słońcu.

Tusz wodoodporny nie powinien Was zaskoczyć, ja postawiłam na trwalszą wersję mojego ulubionego z arganem, czyli Wonder`full Waterproof Mascara od Rimmel London. Szczoteczka jest nieco za duża i ciężko mi rozczesać moje gęste rzęsy, ale gdy już się uda, nie ma opcji, żeby woda je ruszyła. Na letnie wybryki lepiej postawić na coś sprawdzonego, niż później żałować i wyglądać jak słodka panda ?

Produkty do brwi to spora część moich kosmetyków. Żele, pomady, kredki, tusze i pisaki. Mam kilka ulubionych, które sprawdzą się w najcięższych warunkach i dadzą różny efekt, od subtelnych po bardziej wyraziste brwi. Jednak tym razem stawiam na wygodę podróżowania i im więcej w jednym tym lepiej.

Pisak z Catrice Cosmetics Longlasting brow definer to jeden z najtrwalszych produktów. Zauważyłam, że barwi skórę, jeśli nakładamy go bezpośrednio na nią. Precyzyjny, nie wysycha, całkiem przyjemny aplikator. Na pewno do niego wrócę!
Nieco mniej trwałe, ale równie dobre do podkreślenia i wyrysowania brwi są dwie kredki wykręcane. Jedna od Golden Rose Longstay Precise browliner, z którego mam dwa kolory. Ogromny plus za precyzje i szczoteczkę do wyczesywania z drugiej strony. Kolejną kredką jest Twist and shape od W7, która ma nieco bardziej pociągły kształt, idealna do szybkiego obrysowania i wyczesania.
Mam też coś dla tych o bardziej bujnych brwiach. Chodzi mi o dwa tusze do ich utrwalenia z kolorem. Pierwszy znowu od Golden RoseBrow Color tinted eyebrow mascara w mega przyjaznym rozmiarze, jeśli chodzi o podróże w dodatku dość wydajna z precyzyjną szczoteczką oraz The queen of brows majestic brow mascara od W7, która sprawdza się równie dobrze, jest nieco większa.

Kolejne produkty są dodatkowymi, którą dodadzą nam nieco koloru.

Dwa produkty do ust, z tego jeden bardzo uniwersalny. Zacznijmy od markerów znów od Golden Rose, czyli Lip marker ultra lasting color, do których przekonałam już kilka osób. Niesamowity kolor, kilkunastogodzinna trwałość nawet podczas jedzenia. Najlepiej nałożyć na „gołe” usta, dzięki czemu kolor w nie wpije. Żałuję, że jest tylko kilka kolorów o dość zbliżonych tonach. Mimo to uwielbiam je!
Drugim produktem, który może służyć jako róż, ale i balsam do ust to Baby lips color balm crayon with moisturizing oils od Maybelline New York. Nie jest tak trwała, jednak daje kolor, nawilża i zastępuje dwa produkty.

Czas na oczy! Z racji, że unikam podkładów i kremów bb, zdecydowałam się na jasne kolory cieni w kremie od Maybelline New York, a dokładnie Color tattoo 24hr, które wyrównują koloryt powiek oraz są matowe, świetnie wyglądają na całym oku i są idealne na gorące dni. Ani razu nie rolowały się, nakładane palcami i pędzlami wyglądały idealnie. Czego chcieć więcej?

Ostatnim produktem jest rozświetlacz, który lubię nakładać na dekolt czy ramiona, ale również na twarz, żeby dodać nieco błysku. Mówię o Shimmering Skin Perfector z BECCA. Daje subtelny błysk, który łatwo rozprowadzić palcami bo ciele oraz jest w przyjemnym opakowaniu.

Te produkty na pewno jadę ze mną nad morze. Macie może tego typu produkty, które są idealne na lato? Jestem ciekawa, które z moich najbardziej Was zainteresowały ?

| Kosmetyki pod lupą! – NYX |

Mam wrażenie, że odkąd jestem w Danii jakoś łatwiej mi się kupuje kolorowe kosmetyki. Sklepy mają je ładnie wystawione w gablotach, wszystkie testery są czyste, a panie ekspedientki naprawdę się znają na rzeczy. W zwykłych drogeriach można znaleźć te tańsze kosmetyki, jak i z wyższej półki cenowej.

Dzisiaj przedstawię Wam kilka produktów od NYX.

Zacznę od pierwszej firmy, która do siebie przyciągnęła mnie głównie produktami do ust.
Seria Lingerie podbiła moje serce nie tylko pięknymi kolorami, ale również trwałością pomadek. Są one matowe, także nie ma co spodziewać się po nich nawilżenia, jednak na zadbane usta aż się proszą! Posiadam póki co dwa kolory, 02 Embellishment oraz 09 Corset. Uwielbiam ich formułę, kolory oraz trwałość. Zdecydowanie muszę mieć ich więcej!

NYX Soft Matte Lip Cream to moje pierwsze produkty do ust tej firmy. Mają nieziemski, słodki zapach, nie są aż tak bardzo na pigmentowane (dobrze nałożyć coś na ust w zbliżonym kolorze albo spędzić trochę więcej czasu na aplikację). Mój pierwszy kolor to 20 Copenhagen (niespodzianka! ?), który uwielbiam i już prawie kończę oraz nowość w mojej kolekcji 13 Sydney.

Mam również dwie tradycyjne pomadki, jedna matowa w kolorze Natural z linii Matte Lipstick oraz druga, która wpadła w moje ręce od przyjaciółki. Obie są dobre, jednak to nie dla mnie. Summer love używam jej jako błyszczyka, dobrze nawilża.

Podkład w pudrze Stay matte but not flat (uwielbiam ich nazwy ?) używam głównie latem, z racji, że ich kolory zawsze były dla mnie za ciemne. Nie używam go jako stand alone, ale często nakładam na krem z filtrem. Jest bardzo przyjemny i lekki. Oczywiście mat jest bardzo subtelny, jednak i tak się sprawdza. Dla cery mieszanej na pewno się nada. Niestety mój kolor się starł, jedyny minus tych opakowań.

Do pomadek dostałam również małą wersje matowej bazy Shine killer. Na co dzień wolę używać oleju pod makijaż, ale jeśli już wiem, że zapowiada się piękny dzień i jakieś większe wydarzenie to stawiam wtedy na coś matowego. Najważniejsza cecha – nie zatyka! Jest bardzo przyjemna, a jej mała ilość starcza na pokrycie sporej części twarzy. Po nałożeniu na twarz w mgnieniu oka zostawia po sobie uczucie pudrowego wykończenia? Nie pozbawia nas całkowicie błysku, ale nie ma opcji, że wyczujemy go pod palcami. Dobrze jest ją wklepać gąbeczką lub Beauty blenderem.

Podsumowując wszystko.

Pragnę wszystkich kolorów Lingerie. Uważam je za idealne na co dzień jak i większe okazje. Pierwszy raz spotkałam się, że firma oferuję tyle kolorów nude – każdy znajdzie coś dla siebie. Zdecydowanie jestem na tak!
Co do Soft Matte Lip Cream są one równie dobre jak poprzednie, nieco słabiej kryją, ale za to zapach mają przepiękny. Posiadają więcej kolorów, także dla osób, które nie boją się eksperymentować na pewno będą idealne.
Tradycyjne pomadki zdecydowanie nie dla mnie, nie zastygają na ustach, więc dla takiej osoby jak ja, która non stop coś robi przy ustach mogą się okazać kłopotliwe.
Puder i baza są świetne, warto je przetestować. Puder na pewno będzie idealny dla tych, którzy mają idealną cerę i chcą nieco się zmatowić, lub na bb cream dla tych z lekkimi przebarwieniami. Baza to strzał w dziesiątkę dla osób posiadających tłustą cerę i będących ciągle w biegu.

NYX urzekł mnie produktami do ust i mimo, iż jest kilka produktów do twarzy jak i eyelinerów, to największą ochotę mam spróbować ich produktów do ust z serii Liquid Suede Cream Lipstick oraz Ombre Lip Duo. Obie wersję wydają się bardzo kuszące. ?

A Wy macie swoich ulubieńców z

| Cud w płynnej postaci – olej z The Body Shop |

W sierpniu minie rok odkąd zaczęłam przykuwać uwagę do nawilżenia mojej cery. Zaczęłam od silnego kremu z The Body Shop, który po kilku miesiącach niezastąpionej pomocy, stał się za silny na moje potrzeby. Po nałożeniu go wieczorem, rano nadal miałam spory film na skórze. Uznałam, że czas na zmianę.

The Body Shop ma całkiem dobrą renomę, a ponieważ mam dostęp do stacjonarnego sklepu, postanowiłam po raz kolejny na nich. Tym razem zależało mi na nieco słabszym nawilżeniu i miałam ochotę poeksperymentować z konsystencją. Wybrałam olej.

Opis producenta:

Infused with three precious seed oils and a blend of seven essential oils, we’ve created the Oils of Life™ Intensely Revitalizing Facial Oil. The lightweight and quickly absorbing texture leaves a non-sticky finish, melting onto the skin, leaving it silky and soft. Instantly, skin appears smoother, more radiant, revived, revitalized and nourished. After 4 weeks, the signs of aging appear reduced, and skin feels more elastic and firm. We searched around the world and selected 3 precious seed oils known for their supreme revitalizing and repairing properties on skin:
Black Cumin Seed Oil from Egypt- known for its concentration in antioxidants
Rosehip Seed Oil from Chile- rich in repairing omega 3 and 6
Camellia Seed Oil from China- naturally rich in nutritive oleic acid

  • Suitable for all skin types, even for sensitive skin
  • Reduces signs of aging
  • Pairs perfectly with our Intensely Revitalizing Essence Lotion and Intensely Revitalizing Cream

W skrócie producent obiecuje nam: wyciąg z 3 nasion połączonych z olejami eterycznymi. Lekka formuła, która szybko się wchłania i nie zostawia lepkiego filtra, za to gładką i delikatną skórę. Cera od razu wydaję się gładsza, promienieje, jest nawilżona i ożywiona. Po 4 tygodniach stosowania można zauważyć spowolniony proces starzenia się skóry, która jest napięta i bardziej elastyczna.  Zawiera 3 cenne wyciągi z nasion, które są odpowiedzialne na ożywianie i odbudowę cery:
olej z czarnuszki – źródło antyoksydantów
olej z dzikiej róży – bogaty w omega 3 i 6
olej z kamelii – bogate źródło odżywczych kwasów olejowych

  • Idealny dla każdego typu cery, nawet wrażliwego
  • Redukuje proces starzenia się skóry
  • Działa z pozostałymi kosmetykami danej linii.

Ale jak to wygląda w praktyce?

Już po pierwszym użyciu wieczorem, nad ranem zauważyłam efekty. Skóra była miękka i przyjemna w dotyku, nie świeciła się, a w dodatku pamiętam jak mój partner oświadczył, że cera wręcz promienieje. Moje zaczerwienione miejsca na twarzy również wydawały się być pod kontrolą.

Spotkałam się jednak z kilkoma opiniami, że zapach jest nieprzyjemny. Dla mnie jednak nie jest drażniący. Dla osób trzecich może się jednak taki wydawać, warto więc sprawdzić w sklepie z czym mamy do czynienia.

Jak stosuję?

Producent zaleca 1-2 krople lub jedną dodatkową przy bardzo suchej cerze. Stosuje się do pierwszej wersji. Po oczyszczeniu twarzy wieczorem, osuszam ją ręcznikiem, a następnie wmasowuję krople w skórę twarzy, szyje oraz dekolt.

Zdarza mi się nałożyć jedną krople przed makijażem i bazą. Dzięki temu wszystko idealnie się miesza, a skóra nie wydziela nadmiaru sebum.

Ile kosztuje cud w płynnej postaci i czy go polecam?

30 ml/ kr. 325,00
50 ml/ kr. 485,00

Jest to olej, a to czyni ten produkt nie zwykle wydajnym, sposób dozowania wpływa na jego korzyść. Opakowania samo w sobie robi wrażenie, a efekty jakie sam olej daję są naprawdę dobre. Nic dziwnego, że produkt jest w takiej cenie.

Uważam jednak, że jest ona sprawiedliwa i zdecydowanie polecam. Zachęcam do przetestowania na swojej skórze, a jak pewnie wiecie The Body Shop lubi rozdawać próbki. Może warto tym razem poprosić o Źródełko Młodości?

| Beautybledner, hit czy mit? |

Magiczna gąbeczka, która już od kilku lat podbija nasze kosmetyczki i serca. Czy rzeczywiście jest tak dobra jak wszyscy mówią? Przekonajmy się!

Beautyblender to jajowata gąbka, która ma zapewnić nam idealny makijaż twarzy. Efekt HD, prostoty w użyciu, w wielu kolorach i rozmiarach za około 69 zł. Jej zadanie to głównie aplikowanie podkładu i wtapianie go w skórę twarzy. Może również służyć do korektora jak i konturowania cery na morko. Świetnie nadaje się do bakingu, czyli utrwalania wszystkich mokrych produktów sypkim pudrem. Przed użyciem należy ją nasączyć lub spryskać woda, dzięki czemu nie wpije naszego produktu. Jest bardzo miękka i w szybki sposób można ją umyć po każdym użyciu będąc pewnym, że przy kolejnym użyciu będzie sucha.
 
Wiele marek wypuściło na rynek swoje wersje gąbki i przyznam się Wam szczerzę, że po raz pierwszy skusiłam się właśnie na taką „wersję”.
 
Wybrałam za nie całe 13 zł. Do złudzenia przypomina oryginał. Jednak zachowuję się inaczej. Jest nieco twardsza, nie wsiąka wody aż tak bardzo przez co nie zwiększa swojego rozmiaru tak samo jak Beautyblender.
Następnie skusiłam się na gąbkę firmy W7, która kosztowała mnie stacjonarnie około 14 zł. Była to najgorsza z wszystkich. O wiele za twarda, w ogóle się wsiąkała wody, dawała uczucie bicia bo twarzy. Do kosza!
 
Jeśli chodzi o dwie pozostałe. Powinnam wybrać swojego faworyta i drugą posłać w diabły. Jednak tego nie zrobię. Obie gąbki są całkiem dobre, ja jednak używałam ich na dwa rożne sposoby.
 
Donegal Sponge idealny nakładał mój podkład, aplikacja była przyjemna, jednak ciężko się myła. Beautyblender natomiast jest dla mnie za miękki, wpija mój podkład jak spragniony człowiek… Zaznaczę jednak, że wcześniej nie używałam podkładu na bazie wody, dlatego ta gąbka może go wpijać o wiele więcej niż poprzednia. Beautyblender jest o wiele droższy, ale! Używam go, gdy już nałożę podkład pędzlem. Idealnie wklepuję już nałożoną warstwę. To samo tyczy się bakingu, gdy wiem, że noc będzie długa i przyda się nieco lepsze krycie to wklepuję puder w miejsca, gdzie wiem, że podkład może się zetrzeć.
 
Także widzicie, dwie gąbki, dwa różne zastosowania. Czy byłabym w stanie, z którejś zrezygnować? Aktualnie nie posiadam tańszego zamiennika, z racji, że pędzle + bb idealnie się sprawują, gdybym jednak miała okazję, chętnie zakupiłam bym kilka tańszych zamienników, a bb byłby jako pomocnik.
 
Nie żałuję, że w mojej kolekcji jest oryginał, ale miałam nadzieję, że mnie zachwyci o wiele bardziej.
 
Jeśli nigdy wcześniej nie miałyście do czynienia z cudownym Beautyblenderem, a cena Was nieco straszy, spróbujcie z tańszą wersją. Jeśli okażę się dla Was za twardy, bbbędzie idealny. Miejcie jednak na uwadze po jaki rodzaj podkładu sięgać najczęściej. 

| Zamiennik Foreo Luna – Opinia |

Szczoteczki do mycia twarzy są dostępne na rynku już od dłuższego czasu w różnych przedziałach cenowych oraz wersjach. Są tzw. Ręczne jak i te, które potrzebują baterii/ładowania. Te drugie z kolei dzielą się na obrotowe i soniczne. Dzisiaj przedstawię Wam drugą opcję.

Bardzo znaną marką jest Foreo, która wypuściła na rynek kilka szczoteczek sonicznych (aktualnie w ofercie 4 różne), a cena najtańszej to ok. 465 złi jest to wersja Go. Producent na stronie napisał, że działa jak delikatny peeling, jest wyposażona w technologię anti-aging. Posiada różne stopnie wibracji, dzięki czemu, według mnie, nada się nawet dla osób z cerą naczynkową. Jednak za „podstawową” wersje Foreo Lunatrzeba zapłacić ok. 875 zł!
Wcześniej próbowałam szczoteczki obrotowej niemieckiej firmy z Rossmann. Na początku było przyzwoicie, jednak nie wyobrażałam sobie mycia nią twarzy codziennie, nawet najdelikatniejsze włosie wydawało mi się za silne (nie dociskałam do buzi). Poza tym wymienne baterie, główki szczoteczki (o ile są) to kolejne koszty o których nie myślimy od razu. Rzuciłam ją w kąt!
Druga próba z szczoteczką do twarzy zakończyła się sukcesem. Zdecydowałam się na model FINENESS Pro FE-LR, która jest dostępna na stronie empik.com za 111 zł (aktualnie promocja, 84,99 zł; kupiłam w tej samej cenie). Jest to soniczna szczotka, która oczyszcza naszą twarz za pomocą wibracji i wypustek silikonowych. Posiada kilka stopni wibracji oraz jest ładowana przez kabel, który otrzymujemy wraz z nią.
Co obiecuje producent?
myjka soniczna
wykonana z antybakteryjnego silikonu
przeznaczona do higieny twarzy
technologia V-Sonic i odpowiednio dobrane częstotliwości pracy
świetnie czyści sebum i czarne punkciki
zmniejsza pory oraz redukuje widoczność linii mimicznych i zmarszczek
usuwa martwy naskórek oraz ułatwia usuwanie makijażu
wodoszczelna konstrukcja
możliwość wykonania masażu twarzy na sucho oraz skuteczne nanoszenie kremów
dostosowana do każdego typu cery

Czym się różni od Foreo? Droższa wersja posiada kilka opcji w zależności od typu cery (różnią się kolorem) i możliwe, że różnią się jakością wykonania.
Stosują ją od prawie 3 miesięcy. Na stronie Foreo producent radzi nałożyć produkt do czyszczenia twarzy na buzię, a następnie przy pomocy szczotki powoli wmasowywać w skórę. Jak ja to robię? Najpierw moczę twarz, a potem nakładam żel bezpośrednią na myjkę, włączam i tyle. Już po pierwszym myciu czułam jak buzia jest czysta. A po kilku dniach zauważyłam, że potrzeba peelingowania twarzy zniknęła (robię peeling średni co 2-3 tygodnie), pory zdecydowanie są mniejsze, a sam masaż jest bardzo przyjemny. Nie próbowałam jednak nakładać nią kremu, a z makijażem radzi sobie dopiero, jeśli wcześniej go zmyjecie olejem lub płynem micelarnym (podkład może zabarwić nieco myjkę, schodzi po kilku myciach). Naprawdę chciałabym Wam powiedzieć na ile starcza jedno ładowanie, ale moja jeszcze się nie rozładowała 🙂
Czy jestem zadowolona z zakupu?
Bardzo! Myjka się sprawdza, wygląda uroczo, bateria starcza na wieki, a do tego cena jest bardzo atrakcyjna. Nie dawno widziałam jednorazową Foreo (kilkaset myć, bez ładowania i wymiennych baterii) i kusi mnie, żeby spróbować dla porównania. Jednak po co wydawać na coś, co mam i sprawuje się świetnie. Podsyłam Wam linki do obu sklepów, jeśli jesteście zainteresowani to zapraszam.

Jesteście zainteresowani rozdaniem z moja szczotką? W marcu są urodziny bloga i chętnie się dowiem co by Was uszczęśliwiło 🙂

| Przedłużane rzęsy metodą 2:1 – Opinia |

Przetestowałam setki tuszy do rzęs, hennę i nie jedną zalotkę. Jednak zawsze a to gdzieś nie dojechałam, a to posklejałam. Jako blondynka cierpię na długie, ale blond rzęski, a ich spora ilość nie pomaga mi w rozdzielaniu. Zdecydowałam się więc na przedłużane rzęsy metodą 2 do 1!

Zaczniemy od najważniejszej rzeczy, czyli na czym polega ta metoda, ceny zabiegu oraz czasu wykonania.
Przedłużanie rzęs metodą 2 do 1 polega na tym, że do każdej naszej jednej rzęsy, doklejane są dwie sztuczne. Ich kolory, długość są do wyboru. Ja wybrałam tą samą długość co naturalne, jednak sam fakt, że były idealnie czarne i pięknie podkręcone dodawał oczom niesamowitego uroku.
Usługa, w zależności od metody nieco się różnić, jednak ja płaciłam 120 zł i zgodnie z zapewnieniami powinna trwać 1,5 h, jednak w praktyce jest różnie. Pierwsze założenie trwało u mnie 3h, a drugie prawie 4h! Usłyszałam, że jest to wina kleju, który za pierwszym razem nie chciał zastygać oraz spora ilość moich własnych rzęs. Nie narzekam jednak, leżenie kilka godzin nie jest aż tak nieprzyjemne 😉 Dla porównania usługa w Danii kosztuję… prawie 900 kr! Czyli około 450 zł!!!
Po lewej: 1. dzień po założeniu; Po prawej: Miesiąc od założenia
Na wizycie usłyszałam jak się zajmować rzęsami i że w pierwszych dniach mogą nieco wypadać, to normalnie. Ich pielęgnacja tyczy się głównie wyczesywania ich przynajmniej raz dziennie, przemywania jedynie wodą micelarną (nie rozpuszcza kleju) oraz nie tuszowanie żadną maskarą. Postępowanie zgodnie z tymi wskazówkami zapewni nam piękne rzęsy przez około 3 tygodnie. Wtedy powinnyśmy umówić się na uzupełnienie.
Jak to wygląda w praktyce?
Nie zauważyłam żadnego ubytku przez bardzo długi okres, mało to! Moje rzęsy domagały się uzupełnienia dopiero po około 1,5 miesiąca! Przed wyjazdem do Danii wybrałam się na uzupełnienie, dokładnie 30 listopada. I cóż… po 2 tygodniach nie było po nich śladu. Nie wiem co zawiniło, ponieważ postępowałam tak samo, z tego co wiem produkty również były te same. Już od pierwszych dni zauważyłam różnicę, ponieważ kilka rzęs wypadło na samym początku.
Po lewej: 1,5 miesiąca po założeniu; Po prawej: Tydzień przed uzupełnieniem
Jak sami widzicie efekt jest niesamowity, jeśli jednak wolicie coś delikatniejszego lub bardziej spektakularnego jest wiele opcji do wyboru.
Jeśli tak jak ja, nie lubicie machać szczoteczką od tuszu próbując rozdzielić każdą rzęskę i przy okazji nie wyglądając jak panda, to możliwe, że powinnyście spróbować przedłużanych rzęs. Jeśli nie jesteście pewne jak to będzie wyglądać, zawsze możecie kupić doklejane i przymierzyć, zawsze to jakaś podpowiedź 😉
Czy polecam?
Zdecydowanie tak! Gdyby nie kosmiczna cena zabiegu w Danii, nosiłabym je chyba non stop. Uwielbiam to, że rano wystarczyło je przeczesać i wyglądać jakbyś spędziła w łazience kilka godzin. Twarz wyglądała zawsze świeżo, a oczy błyszczały jak nigdy! Z pewnością będę korzystała przy okazji odwiedzin rodziny w Polsce.

| Moja hybryda – Opinia |

Chyba nie ma wśród nas duszyczki, która nie słyszałaby o lakierach hybrydowych. Jedne je pokochały, drugie uznały, że to nie dla nich. Jak ja podeszłam do tego produktu?

Pierwszy manicure hybrydowy zafundowałam sobie na swoje osiemnaste urodziny, czyli w 2014 roku. Była to dość świeża sprawa i nic dziwnego, że absolutnie mi nie podpasowała. Był to wtedy koszt 80 zł za zwykłe czerwone paznokcie, które po tygodniu już odprysnęły. Nie mówiąc o samym wyglądzie, który, teraz wiem, zostawiał wiele do życzenia.
Rok później znów spróbowałam i byłam pozytywnie zaskoczona, skorzystałam z usługi w drogerii Douglas, która korzystała z lakierów firmy Semilac. Były to nadal gładkie paznokcie, różnego koloru z brokatowym topem, cena około 45 zł.
Paznokcie wykonane przez Mariicure – Maria Bartoszek
Przyszedł czas studniówki i wtedy trafiłam do jedynego słusznego miejsca 😉 Pierwszy raz profesjonalnie przedłużone paznokcie, na to hybryda i miesiąc korzystania bez najmniejszego ubytku (wtedy jeszcze w szkole mieliśmy pracownie fryzjerską, więc kontakt z wodą miałam non stop). Nic dziwnego, że do samej matury namiętnie korzystałam z usług, które zapewniały mi piękne paznokcie.
Potem przerwa i próba własnych sił, która nie okazała się, aż tak wielką porażką.

Jednak tuż przed przeprowadzką wróciłam do znanego mi saloniku, żeby rozpieścić się ostatni raz (przynajmniej na jakiś czas).
Paznokcie wykonane przeze mnie

Teraz, będąc w Danii, samemu robię swoje pazurki. Są dni, w które zrobię je perfekcyjnie i takie, w których widać niedociągnięcia. Mimo to zdecydowanie mam w sobie więcej zaufania niż w tutejszych salonach. Widziałam kilka prac, które przypominały mi moje urodzinowe hybrydy i to w cenie… 260 zł! Tak to wygląda u mnie, dlatego nie mam nic przeciwko kilku godzinom własnej roboty.
Jestem ogromną fanką hybryd. Uważam, że nienaganny manicure na kilka tygodni jest wygodny i mimo widocznego odrostu nie wygląda tak źle, jak zwykły odpryskujący lakier. 
Jeśli chcesz spróbować hybryd po raz pierwszy, pamiętaj o wybraniu polecanego miejsca!
Teraz podzielę się z Wami moimi ulubionymi kolorami z firmy Semilac.
032 – Biscuit – dla osób, które lubią delikatne kolory, a jednocześnie chcą wyglądać elegancko
087 – Glitter Indigo – ciemny niebieski kolor, który mieni się z daleka
127 – Violet Cream – pierwszy, który pokochałam; idealny pastelowy fiolet
140 – Little Stone – piękny nudziak, który na mojej dłoni nie wybijał różowymi tonami (004 tak robiło)
148 – Night Euphoria – ni to bordo, ni to fiolet; kompletnie inaczej wygląda na żywo
150 – Hunter Queen – kolor niesamowity, nie wiem jednak czy dobrze wygląda na każdej dłoni
165 – Boyfriend jeans – robiłam do niego podchody dwa razy, po utwardzeniu zniewalający kolor, który pasuje do wszystkiego
To chyba moja topka kolorów, a większość z nich poznałam dzięki Marysi. Uważam, że powinnyście zobaczyć jej prace, ponieważ moje Potterowskie zachcianki to nie jest jej szczyt możliwości.
Marysia również prowadzi bloga, który z pewnością skradnie mamusiowe serca, więc na zakończenie, odsyłam Was na Pojmankowo!

| Jak dbam o cerę wieczorem |

Zawsze miałam problemy z cerą. Jako młodsza dziewczyna nie zwracałam na to uwagi, jednak z wiekiem uznałam, że czas na zmianę. Jak dbam o swoją cerę teraz, mając prawie dwadzieścia jeden lat? Przekonajcie się sami!

W domu zawsze miałam dostęp do różnych napoi i soków, w Danii jednak o wiele prościej o wodę, którą można pić bezpośrednio z kranu. W sklepach można znaleźć wiele lemoniad, które rozcieńcza się w wodzie. Tylko w weekend pijemy gazowane napoje. Ta mała zmiana wpłynęła bardzo pozytywnie na moją cerę.
Nie maluję się na co dzień! Nie czuję się komfortowo cały dzień w makijażu, nawet w święta go unikałam z racji, że byłam przeziębiona. Nie chciałam martwić się o ciągłe poprawki bo chusteczki starły połowę naskórka, a co dopiero podkład.
Jednak czasami, dla siebie, mam ochotę nałożyć co nie co. Zmywanie makijażu zaczynam od oleju, ten z Bielendyjest moim ulubionym, dobrze się pieni, ładnie pachnie i na długo starcza. Nie pamiętam jaki mam teraz (napis się starł), ale ten z kwasem hialuronowym mi nie podpasował. 
Czasami się zdarza, że olejek nie da rady ściągnąć wszystkich resztek, wtedy sięgam po chusteczki do demakijażu marki Dennis Knudsen, z witaminą E, które są również nawilżające. Nadają się do każdego rodzaju cery. Po tych zabiegach myję zęby, żeby nie zmyć z twarzy kolejnych kosmetyków 😉
Teraz czas na główne mycie twarzy. Zawsze korzystałam z żeli i kremów, które miały w sobie drobinki do peelingu. Odkąd jednak zaczęłam używać sonicznej szczoteczki do twarzy, przerzuciłam się na na żel z liśćmi manuka firmy Ziaja. Jego cena jest przystępna, a w połączeniu ze szczotką FINENESS Pro FE-LR, która kupiłam w empiku, jest bardzo wydajny. Jedna pompka starcza na umycie twarzy, szyi i dekoltu. Jeśli chcecie się dowiedzieć czegoś więcej o szczotce, dajcie znać!
„Oklepywanie” twarzy ręcznikiem, zamiast jej pocierania jest o wiele lepszym rozwiązaniem, pamiętajcie jednak o jego częstej zmianie!
Czas na płyn micelarny! Tonizuje on twarz i przygotowuj na kolejny etap pielęgnacji. Korzystałam już z wiele, jednak moim ulubionym jest ten z firmy Lirene, ultra-nawilżający z algami morskimi. Twarz wydaje się po nim bardzo odświeżona.
Tak samo jak przesuszone włosy ratują się sebum, tak samo robi to nasza skóra. Nie zawsze tysiąc matujących produktów jest dla niej odpowiednie. Kupiłam krem nawilżający. Skusiłam się na The body shop, a dokładnie ich linie kosmetyków z konopią i wybrałam Hemp Heavy Duty Body Moisture Protector. Kremu używam tylko na noc, więc nie zwracam uwagi na to, że będę się świecić. Czy zauważyłam poprawę? Na początku korzystania z niego, gdy rano się budziłam, nie było po nim śladu na twarzy. Tak bardzo moja skóra potrzebowała nawilżenia. Teraz budząc się rano odczuwam na twarzy delikatny film, jednak mi to nie przeszkadza. Zdecydowanie jest to krem na noc lub dla osób o bardzo przesuszonej skórze. Na koniec nakładam balsam do ust.
Czy zauważyłam poprawę?
Zdecydowanie tak! W prawdzie moja cera nie jest jak u niemowlęcia, ale jest o wiele lepiej. Szczoteczka spowodowała, że moja pory zdecydowanie się pomniejszyły i są mniej widoczne. Jak zauważyliście/łyście większość produktów jest nawilżających, do tego picie sporej ilości wody zapewniło mi nawodnienie od środka. Całość zajmuje mi z 5 minut przed snem i uważam, że była to całkiem pozytywna zmiana.
A jak Wy dbacie o swoją cerę? 🙂

| Jak dbam o włosy – z punktu widzenia fryzjerki |

Pamiętam jak w gimnazjum dorwałam się do mamy prostownicy. To była miłość od pierwszego prostowania. Nasze uczucia rosły wraz z temperaturą każdego dnia. Znajomi mówili, że to toksyczny związek, ale ja nie chciałam słuchać… 
Aż trzy lata później trafiłam do technikum o profilu technik usług fryzjerskich!

To nie żart! Przez trzy lata gimnazjum codziennie rano katowałam swoje włosy najpierw szamponem do przetłuszczających się włosów, potem suszarką na pełnych obrotach, żeby chwilę później „wygładzić” je prostownicą. Na początku nie było źle. Włosy były błyszczące, nie elektryzowały się, no i wydawały się o wiele dłuższe. Pewnie miałam jakieś odżywki w domu i jak miałam ochotę to nakładałam, ale nie była to moja rutyna. Byłam też ogromną fanką cieniowanych włosów! 
Pierwsze ze zdjęć jest z gimnazjum, kolejne z technikum. Wierzcie mi, nie oddają one stanu moich włosów. Na pierwszym był to przełom, gdy zaczęłam korzystać z prostownicy. Kolejne jest tuż na początku mojej edukacji w technikum, gdzie to mojej głowy powoli docierało co robię z włosami. Ostatnie natomiast jest rok później, w okolicach moich osiemnastych urodzin. Wtedy całkowicie pożegnałam się z prostownicą!
W szkole odkryłam uroki wymodelowanych włosów. Proste jak druty włosy przestały mnie interesować i szybko opanowałam tę zacną sztukę. Codziennie rano myłam i modelowałam włosy. Długość przestała mieć dla mnie większe znaczenie, a cieniowane „piórka” odeszły w nie pamięć. Zaczęłam sporadycznie farbować włosy, jednak szybko odkryłam, że nie są one tak chętne do zmian jak ja. Kolor prawie nigdy nie wychodził albo dość delikatnie barwił mój naturalny włos.
Po maturze, a dokładnie w sierpniu, pożegnałam się z długością! Staram się myć włosy codziennie albo co drugi dzień. W mojej łazience zagościł suchy szampon firmy Batiste. Tylko on sprawdza się przy moich włosach, do tego jest łatwo dostępny, wydajny, w dobrej cenie, no i pięknie pachnie! Szampon i maska to moje must have. Aktualnie korzystam z pierwszego lepszego szamponu i fioletowej maski z Joanny– pierwsza, która ochładza kolor i nawilża włosy. W zapasie czeka na mnie baniak 5l szamponu! Przypomina mi o szkole…
Zdarza mi się korzystać z prostownicy, nie mówię, że nie. Jednak jest to bardziej wyjście awaryjne niż codzienna rutyna. Przeważnie, gdy włosy są drugiego dnia świeże i muszę wywinąć niektóre kosmyki. Zanim zacznę suszyć włosy, pozwalam im podeschnąć z 30 minut i dopiero zabieram się do modelowania, które zajmuje mi z 10-15 minut. Nie wiem czy wiecie, ale modelowanie o wiele lepiej utrwala kształt włosa niż prostownica 😉 
Jeśli muszę już spiąć włosy, korzystam albo z bardzo małych gumeczek do warkoczyków (tip: te gumeczki do robienia bransoletek są mocniejsze, o wiele taniej wychodzą; swoje kupiłam w matrasie na promocji 1gr/ paczka!) lub sprężynek od Invisibobble. Po strzyżeniu zauważyłam, że bliżej mi do naturalnego koloru włosów, niż super szarości, którą do tej pory miałam, dlatego porzuciłam farbowanie. 
A jak Wy dbacie o włosy? Też tyle Wam zajęło dojście do tego, jak o nie dbać? 🙂