|Ulubieńcy| Seriale, które pokochałam |

Nie tylko książkami człowiek żyje! Odkąd Netflix wkroczył na polskie tereny, a szkoła powoli zaczęła odchodzić w niepamięć, postanowiłam sprawdzić, o co tyle szumu.

Netflix jest to największa wypożyczalnia filmów, która jest dostępna wszędzie, poza kilkoma krajami. Korzystanie z niej jest płatne, ale w zamian otrzymujemy ogromny wybór DVD w wielu językach. Także w okolicach stycznia skusiłam się i ja… To był początek mojego końca!


Chyba każdy z nas widział gdzieś w czeluściach Internetu wzmiankę o Orange is the new Black. W serialu przedstawione są losy osadzonych z różnych klas społecznych i o różnym pochodzeniu, historie kobiet i personelu więzienia są uzupełniane o wydarzenia z przeszłości. Jest to komediodramat,  który aktualnie składa się z 4 sezonów (przewidywanych osiem). Każdy z nich ma 13 odcinków, trwających około godziny.

Jestem wprost zakochana w postaciach, żyjących w zakładzie karnym w Litchfield. Jedyna rzecz nad jaką ubolewam jest to, że sezony pojawiają się raz w roku…

★★★★★

Serial, na który trafiłam przypadkiem podczas sprzątania mieszkania. Dom grozy, bo taki właśnie jest polski tytuł, opowiada o wiktoriańskim Londynie, gdzie spotykają się najsłynniejsze osoby rodem z mrocznej literatury, między innymi doktor Frankenstein, jego potwór, Dorian Gray oraz Drakula. Głównym celem bohaterów jest powstrzymanie ciemnych mocy przed pojmaniem Matki Zła i powstrzymanie końca świata.

Serial ten nie raz poruszył mnie do łez lub rozbawił. Składa się tylko z 3 sezonów, z czego każdy ma inną ilość odcinków (8,10 i 9). Gdyby nie fakt, że finał był okrutny prawie dla każdego bohatera i denerwująca zmienność w liczbie epizodów, nie miałabym złamanego serca.

★★★★

iZombie to nowość w moim menu. Aktualnie jestem pod koniec pierwszego sezonu z dwóch, które są (trzeci planowany). Jest to kryminalny serial telewizyjny z elementami horroru, powstały na podstawie komiksu o tej samej nazwie. Serial opowiada o losach Olivii Moore, absolwentce medycyny pracującej jako lekarz, która z powodu niefortunnego wypadku na imprezie staje się zombie. Rozpoczyna pracę w kostnicy, by zyskać nieograniczony dostęp mózgów, które musi jeść, aby normalnie funkcjonować. Po posiłku Liv otrzymuje cząstkę osobowości zmarłego… oraz wizję, w których umiera. W ten sposób zaczyna pomagać policji jako medium.

Wkręciłam się i tyle! Nie wiem, co mnie ciągnie do tego serialu. Pomysł zombie wmieszanych w nasz świat, gdzie ciężko rozróżnić kto jest kim bardzo mi się podoba.

★★★★

A teraz co nieco dla fanów anime! Ghost Hunt jest to 25-odcinkowa animacja, w której wraz z utalentowanymi łowcami duchów wyruszamy na pomoc innym, borykającymi się z istotami z innego świata. Nie ma tu wątków miłosnych. Jest za to mały dreszczyk emocji. Z każdym epizodem przypadki stają się trudniejsze i bardziej niebezpieczne. Nie zawsze próby egzorcyzmów przynoszą oczekiwane skutki, a nasi łowcy wychodzą bez szwanku.

Bez zbędnego cukru, wszystko wyjaśnione tak, że nawet ja zrozumiałam. W dodatku oglądałam w języku angielskim (napisy). Miła odskocznia od książek i filmów.

★★★

Tak natomiast prezentuję się moja BookAThonowa lista książek!


|Recenzja| Klub Julietty by Sasha Grey | ★★ |



Tytuł: Klub Julietty
Autor: Sasha Grey
Wydawca: Albatros
Miejsce wydania: Warszawa
Data wydania: Czerwiec 2014
Liczba stron: 304


Ocena: ★★


Już od pewnego czasu okładka „Klubu Julietty” przykuwała moją uwagę w księgarniach. Jej prostota oraz elegancja. Opis z tyłu wydawał się ciekawy, a sama tematyka mnie nie odstraszała, jako, że jestem fanką trylogii Greya. Znałam też pewien fragment życiorysu autorki i byłam ciekawa, co wymyśliła w celu zmienienia swojego wizerunku wśród społeczeństwa. Z wszystkich możliwych opcji mam wrażenie, że Sasha Grey wybrała najgorszą.

Jest to opowieść o studentce filmoznawstwa, Catherine, która jest zafascynowana swoim wykładowcą. Przyczyną tego nie jest jego ogromny mózg przepełniony wiedzą, lecz inna część jego ciała… Obsesja na punkcie mężczyzny łączy ją z jedną ze studentek, Anną, która nie grzeszy cnotą. Za nim się zorientujemy, obie dziewczyny wkraczają w świat wyuzdanego seksu w dość specyficznym i tajemniczym świecie. To jednak nie wszystko! W końcu autorka miała zamiar zmienić swój wizerunek, stąd pewnie wplecione wątki morderstw i zniknięć.

Dla tych, którzy twierdzą, że tłumaczenie jak i oryginał Greya było poniżej krytyki, stanowczo odradza tę książkę! Przez większość lektury miałam wrażenie, że czytam opowiadania internetowe nastolatki. Mnóstwo powtórzeń, płytki i wulgarny tekst. Nie mam nic do historii pisanych przez młodzież i zamieszczaną w sieci, ale nie każde dzieło jest ze złota. A „Klub Julietty” już na pewno… Dla przykładu, uważam, że kilku stronnicowy wykład o tym, dlaczego słowo „sperma” brzmi gorzej niż „nasienie” był zbędny. Nie mniej jestem pod wrażeniem długości tych opowiastek.

W książce znajdziecie wiele tytułów filmów. Jednak po przeczytaniu tej pozycji obawiam się, że mogą być o tej samej tematyce albo co gorsza, na tym samym poziomie. Jestem zawiedziona faktem, że autorka nie wykorzystała potencjału, jaki miał w sobie tytuł. O tym klubie jest zaledwie kilka rozdziałów, który zostały bardzo spłycone. Przyznam, że sama nie wiem dokładnie o czym była ta książka. Wątki, na które zwracała uwagę czytelnika Sasha, koniec końców nie prowadziły do niczego.

Jestem zadowolona, że kupiłam tę książkę na warszawskich targach w okazyjnej cenie. Inaczej uznałabym, że wyrzuciłam pieniądze w błoto. Ostatnim plusem jest zabójcza okładka. Jasna błękitna szata o miłej fakturze, zdobiona damskim, zamkniętym okiem o pięknych rzęsach. Dodatkowo tytuł jest pokryty złotą folią, która na szczęście nie zdążyła się wytrzeć. Szkoda tylko, że Sasha Grey zaprzepaściła szansę do wymazania swojego starego wizerunku byłej gwiazdy filmów pornograficznych, pisząc bardzo słaby erotyk. Może powinna skupić się na pisaniu opowiadań, może wtedy odniosła by sukces.


|Recenzja| Miasteczko Halloween FILM | ★★★★ |

Tytuł: Miasteczko Halloween

Reżyseria: Henry Selick
Kraj pochodzenia: USA
Czas trwania: 78 minut
Premiera: 16 grudnia 1994 (Polska)

Ocena: ★★★★



Czy słyszeliście kiedyś o Timie Burtonie? Co za idiotyczne pytanie! Ten twórca podbił serca naszych rodziców „Edwardem Nożycorękim”, a młodych widzów postacią Frankenweeniego. Kiedyś usłyszałam, że reżyser stara się o produkcję jakiegoś filmu… Z Burtonem jest odwrotnie:  to film stara się o niego.
Scenariusz „Miasteczka Halloween” został napisany przez Tima, dlatego wydaje mi się, że jest to moja ulubiona ekranizacja. Produkcja oddaje klimat, w którym Burton czuje się najlepiej. Już od kilku lat film ten, zgodnie z oryginalnym tytułem („The Nightmare before Christmas”), gości na moim telewizorze 23 grudnia. Tego dnia wybieram się w podróż do miejsca, w którym trwają ciągłe przygotowania do Halloween.

Mieszkańcy miasteczka cieszą się udanymi świętami. Właśnie w takiej sielskiej atmosferze przychodzi nam poznać jednego z głównych bohaterów obrazu, uroczo-strasznego Jacka Skellingtona. W swojej wiosce uchodzi za najlepszego straszyciela oraz twarz całej imprezy, jednak mimo to czuje pustkę. Jest znudzony swoją sławą. W całym tym zamieszaniu spowodowanym świętowaniem nikt nie zauważa zniknięcia naszego upiora, który przypadkiem trafia do nieznanego mu miejsca w lesie. Mimo iż Zero, pies-duch i kompan Jacka, ostrzega go, Król Dyń wpada przez drzwi w kształcie choinki. Tak oto nasz bohater trafia do Miasteczka Bożonarodzeniowego. Uradowany odkrywa, jak kompletnie ta wioska różni się od jego własnej. Śnieg, kolorowe światła i śmiejące się dzieci. Zafascynowany nowym miejscem i atmosferą, jaka tam panuje, postanawia urozmaicić życie w Miasteczku Halloween i przenieść tam magię Gwiazdki. No cóż… Niekoniecznie mu się to udaje.

Klimat tej historii oraz animacja są znakiem rozpoznawczym Burtona. Magiczna „brzydota”. Jego postacie nie mają na celu wypaść idealnie, pięknie czy też skomplikowanie. Zgrzeszyłabym jednak mówiąc, że prostota przewodzi w tym filmie. Każdy szczegół jest dopieszczony.

Mimo iż wychowałam się na bajkach Disneya, gdzie połowa filmu to piosenki, nigdy nie była to moja ulubiona część i mogłam się bez niej obejść. W „Miasteczku Halloween” ballady wydają się być inne. Pierwszy raz miałam do czynienia z tym, jak postać wyśpiewuje to, co jej leży na sercu. Nie są to przerywniki, tak jak w innych bajkach. Nawet po przesłuchaniu piosenek setny raz, nadal słyszę uczucia bohaterów. Scenariusz Tima Burtona w połączeniu z oprawą muzyczną Danny’ego Elfmana stworzyły tak fantastyczny świat, że sama myśl o tym wywołuje u mnie gęsią skórkę.
Jednak nie mogę za bardzo przesłodzić. Pomimo tego, iż jestem fanką Burtona, absolutnie zachwyconą światem, jaki wykreował, oraz jego bohaterami, to mam kilka elementów, które mi się nie spodobały.

Nie rozumiem, czemu polski tytuł tak odbiega od oryginału. Przez to mam wrażenie, że mija się to z sensem całej historii. Tym większe zdziwienie, ponieważ Halloween nie jest jeszcze tak popularne w Polsce. Dlaczego więc przypisać mu ten film? Inną sprawą jest to, że to jeden epizod. Dlaczego?! Tak genialny pomysł porzucony… Gdy Jack trafia w lesie na przejście do świątecznej krainy, dookoła niego znajdują się portale do innych. Sama chętnie zebrałabym obejrzałabym obraz, w którym to Jack próbuje wprowadzić inne święta do mrocznej wioski, ale jak zwykle coś nie idzie zgodnie z planem. Wyobrażacie sobie Upiorne Walentynki? Albo Wielkanoc? Nadal nie mogę tego przeżyć.

Film jest odpowiedni nawet dla najmłodszych widzów. Na początku mogą być zniechęceni, gdyż nie jest to animacja jak każda inna, jednak magia, jaka panuję podczas oglądania, przekona do siebie nawet największego uparciucha. Czy osobom dorosłym przypadnie do gustu? Oczywiście! Uważam, że starsi odbiorcy dojrzą jaki jest morał tej bajki. Może obejrzą ją tylko raz, ale to właśnie oni zrozumieją, że warto cieszyć się każdym dniem, robić to, w czym czujemy się najlepiej i nie próbować zmieniać się na siłę. 

Albo po prostu, że nie warto porywać św. Mikołaja!


|Recenzja| Złośliwa trzynastka by Janet Evanovich | ★★★ |


Tytuł: Złośliwa trzynastka
Autor: Stephanie Plum
Wydawca: Fabryka Słów
Tom: 13
Miejsce wydania: Lublin
Data wydania: 8 sierpnia 2014
Liczba stron: 368

Ocena: ★★★


,,Złośliwa trzynastka” to już trzynasta część przygód Stephanie Plum napisanych przez Janet Evanovich. Tym razem łowczyni nagród musi odnaleźć swojego byłego męża, który zaginął w dziwnych okolicznościach. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że to Plumka jest główną podejrzaną porwania eksmałżonka. Sprawa wydaje się coraz bardziej skomplikowana, gdy znikają wspólnicy eksmęża, a w grę wchodzi ogromna ilość pieniędzy. Wszystkie próby ocalenia byłego partnera urozmaica talent Stephanie do pakowania się w jeszcze większe tarapaty.

Zwykle powieści Janet Evanovich są lekkie i przyjemne. To już kolejny tom, który jest wciągający, niczym dobry serial telewizyjny. Jednak tym razem w książce nie ma niesamowitego humor. Tom ten zawiódł mnie najbardziej z wszystkich, jakie do tej pory przeczytałam.

Evanovich zdaje się zapomniała o ogromnym wachlarzu postaci, ponieważ w tej części mamy zaledwie kilku głównych bohaterów. Fani Komandosa lub babci Mazurowej mogą czuć się oszukani, gdyż te postacie zostały stłamszone. Ich zachowania odbiegały od tych, z którymi mieliśmy do czynienia w innych tomach. Nawet naszą główną bohaterkę spotkało więcej szczęście niż zwykle. Przez to historia była mniej groteskowa.

Bardzo brakowało mi pobocznych wątków. Autorka postawiła wszystko na jedną kartę, którą był eksmąż Stephanie. Miałam wrażenie, że Janet Evanovich próbuje zmienić serię o Plumce w prawdziwy kryminał, a sądzę, że to nie to podbiło serca czytelników. Pisarka odbiegła od tego, co przez inne części kreowała. Wszelkie tradycje (piątkowe obiady u państwa Plum) i związki między bohaterami (konflikt Komandosa z Morellim) zostały pominięte.

Przygody Stephanie Plum są idealne na każdą wolną chwilę. ,,Złośliwa trzynastka” jednak bardzo mi się dłużyła. Czytanie jej nie przyniosło mi tyle radości co w przypadku pozostałych tomów. Autorka zdecydowanie zmniejszyła dawkę śliwkowego humoru.

Trzynastą część przed totalną porażką uratowało kilka scen z babcią Mazurową, która przeżywała drugą młodość. Jej miłostki wprowadzały do książki ten porzucony Plumkowy humor, o jakim marzyłam.

W pozostałych tomach występował główny wątek, który przeważnie dotyczył Stephanie na tropie złoczyńcy, oraz poboczny, wprowadzający zamęt i śmiech. Niestety Janet Evanovich porzuciła ten pomysł, całkowicie poświęcając trzynastą część poważnej sprawie zaginionego prawnika.

Podsumowując, „Złośliwa trzynastka” bardzo odbiega od innych powieści o Stephanie. Autorka tym razem napisała lekki kryminał, rezygnując z komizmu. W dodatku skoncentrowała się głównie na kilku bohaterach, pomijając pozostałe ciekawe postacie. Jako wielbicielka Komandosa bardzo zawiodłam się jego zmianą. Na szczęście jak zwykle z pomocą przyszła babcia Mazurowa. Być może przejadłam się trochę Śliweczką, ale zdecydowanie nie jest to moja ulubiona książka o Stephanie Plum.



Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Fabryka Słów oraz portalowi efantastyka.pl

|Recenzja| X-Men: Apocalypse FILM | ★★★★ |



Tytuł: X-Men: Apocalypse
Reżyseria: Bryan Singer
Kraj pochodzenia: USA
Czas trwania: 143 minut
Premiera: 20 maja 2016 (Polska)

Ocena: ★★★★

Moja miłość do mutantów zrodziła się, gdy byłam jeszcze mała i w telewizji późnym wieczorem oglądałam X-men: The Animated Series. Nic dziwnego, że gdy zaczęły się pojawiać wersje kinowe, dokładnie je śledziłam. Nie jestem w stanie określić w jakiej kolejności należy je oglądać. Według mnie film o Wolverinie był najgorszy, natomiast najnowsza część absolutnie podbiła moje serce.

Tym razem mutanci stają przed ogromnym wyzwaniem. W 1983 roku, w skutek przypadku, budzi się starożytny mutant En Sabah Nur. Zasmucony tym, jak wygląda jego świat, postanawia oczyścić ludzką rasę oraz przejąć nad nimi panowanie. W tym celu potrzebni są mu inni posiadający moce. Pierwszą osobą, którą spotyka, jest młoda Ororo Munroe. Obdarowuje ją pełnią jej mocy, a ona w zamian postanawia mu pomóc. W ten sposób Storm, Magneto, Psylocke i Angle stają się Jeźdźcami Apokalipsy, a En Sabah Nur przyjmuje imię Apokalipsy.

Jak już wspomniałam moja przygoda z X-menami rozpoczęła się od animowanego serialu. Moja wiedza na ich temat wynika głównie z tej serii. Nie wiem, której wersji powinnam bardziej ufać, ale co do tego cyklu jedno jest pewne. Jeśli chodzi o ramy czasowe X-menów jest to dość skomplikowane. W wersjach animowanych starcie z najpotężniejszym mutantem było pod koniec konkretnej serii. W filmie natomiast, wnioskując po wieku bohaterów oraz wyglądu Profesora X, cała akcja ma miejsce dopiero na początku istnienia szkoły dla utalentowanych.

Jestem wielbicielką postaci Storm. Nawet nie wiem, kiedy moja obsesja miała swój początek. W każdym razie byłam przekonana, że to właśnie Ororo była przy Charlesie od samego początku. Z tego filmu wynika, że dołączyła, gdy w instytucie byli już, np. Cyclops. To nie jedyna nieścisłość, która namieszała w tym, co do tej pory wiedziałam. W X-men Evolution bracia Summers w końcu się spotykają, w filmie ich historia wygląda inaczej. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że tyle ile ekranizacji X-menów (animowanych czy tych z dużego ekranu), tyle różnych światów. To była jedyna rzecz, która mnie irytowała.

Podczas seansu w kinie byłam sama. Jestem zadowolona, ponieważ od początku do końca na mojej twarzy widniał uśmiech. Mimo mieszania w fabule, którą znałam, otrzymujemy kilka odpowiedzi na dziwne pytania. Dlaczego Storm ma białe włosy, które są dość niespotykane zważając na jej pochodzenie? Albo jak to się stało, że fryzura Profesora X uległa tak drastycznej zmianie? Jak widzicie jestem prawdziwą fryzjerką, dlatego wspominam zaledwie o tych zagadkach. Dość ciekawą informacją było to, gdzie ukrywa się Magneto.

Poza tym film jest genialny. Mam jedna cichą nadzieję, że była to ostatnia ekranizacja, ponieważ nie wiem czy jestem w stanie pojąć kolejne. Każda z nich wprowadza nas w inny świat, który zaledwie odrobinę łączy się z poprzednim, a ponieważ X-meni byli moją wielką miłość, bardzo irytuję mnie, gdy nie mogę się w nich odnaleźć.


|Recenzja| Koralina by Neil Gaiman | ★★★ |



Tytuł: Koralina
Autor: Neil Gaiman
Wydawca: Mag
Miejsce wydania: Warszawa
Data wydania: 2003
Liczba stron: 160

Ocena: ★★★

„Koralina” wreszcie doczekała się swojej szansy podbicia mojego serca. Nie miałam do niej wielkich wymagań. Wiedziałam jedynie, że książka doczekała się ekranizacji w wersji animowanej, a jej autor słynie z dość ciekawych powieści. Przed obejrzeniem filmu postanowiłam przeczytać tę krótką historyjkę, która od dawna już czekała na Kindle.

Główna bohaterka pragnie być odkrywcą. Bada każdy możliwy kąt, otaczającego jej dom świata, aż pewnego dnia pogoda jej to udaremnia. Za zgodą rodziców wyrusza w podróż po własnym domu. Liczy niebieskie przedmioty, okna i drzwi. Z jej eskapady wynika, że jedna para drzwi się nie otwiera. Ta, za która jest ściana z cegieł. Ta, za którą kryję się inny świat.

Sama fabuła książki jest dość zaskakująca. Prawdopodobnie przez imię głównej bohaterki spodziewałam się czegoś podobnego do „Karolci”, lektury szkolnej w młodszych klasach. Niby widziałam zwiastun filmu, ale nie mogłam wszystkiego połączyć w jedną całość. Nie pamiętam dokładnie historii Karolci, ale wiem dokładnie, że to co spotkało Koralinę było dość dziwne i przerażające, a co gorsza nie okazało się zwykłym snem.

Chyba najlepiej zapamiętam ilustracje. Mroczne, karykaturalne, czarno-białe grafiki, które co jakiś czas pojawiały się na ekranie czytnika. Wprowadzały one tak niesamowity nastrój, że trudno było im się oprzeć. Z racji tego, że historia jest dość surrealistyczna, obrazy pomagały poruszyć moją pokrytą kurzem wyobraźnię.

Jeśli jest coś, co mi się nie podobało, to niektóre tłumaczenia. W książce mamy kilka piosenek szczurów, o ile można to tak nazwać. Wydawały mi się ubogie. Tak, jakby cała magia została im odebrana. Jestem ciekawa, jak one wyglądają w oryginale. Znam wiele książek, w których pojawiają się zaklęcia, pieśni i inne cuda, i mimo tłumaczenia brzmią dobrze. Dlatego szkoda mi trochę tych fragmentów. Czytałam je po kilka razy, bo gubiłam wątek. Poza tym nie widzę więcej minusów.

Fabuła jest oczywista, ale mimo to nie traci na tym w żaden sposób. W książce możemy znaleźć wiele zwrotów akcji. To określenie jest dość poważne jak na to co się dzieje, ale wszyscy wiedzą o co chodzi. Pod koniec książki ma miejsce kilka wydarzeń, które wywołały u mnie gęsią skórkę. Sama końcówka jest podobna do tej w „Zamarzniętej Charlotcie”, która recenzowałam jako pierwszą. To pewnie spowodowało, że postrzegam tę historię jako lekki horror na letnie wieczory.

Gdybym wcześniej wiedziała, o czym mniej więcej jest ta książka, to zostawiłabym ją na tegoroczny BookAThon. W ten sposób miałabym powieść do jednego wyzwania. Mam zamiar nadrobić film i zrobić podobne zestawienie jak z „Pięćdziesięcioma twarzami Greya”. Z tego co słyszałam jest spora różnica między książką, a ekranizacją. 


|Recenzja| Deadpool FILM | ★★★✩ |


Tytuł: Deadpool
Reżyseria: Tim Miller
Kraj pochodzenia: Kanada, USA
Czas trwania: 108 minut
Premiera: 12 lutego 2016 (Polska)

Ocena: ★★★✩

“Deadpool” to wywrotowa parodia kina o herosach w obcisłych strojach.

„Były żołnierz oddziałów specjalnych zostaje poddany niebezpiecznemu eksperymentowi. Niebawem uwalnia swoje alter ego i rozpoczyna polowanie na człowieka, który niemal zniszczył jego życie.”

Już dawno nie czekałam na żadne film tak, jak na ten o Deadpool’u. Od razu było wiadomo, że będzie to niesamowite kino akcji, przepełnione dawką czarnego humoru, dwuznacznych tekstów i wulgaryzmów. Moje wymagania co do niego było wysokie.

Za wysokie.

Nie będę ukrywać, że się zawiodłam. Liczyłam na film jak każdy inny o super bohaterze, ale jednak z Deadpool’em i jego dawką humoru. Już początkowe napisy spowodowały, że się śmiałam, potem kilka śmiesznych tekstów, a w dodatku tytułowy bohater łamie zasadę czterech ścian. To jedna nie wystarczyło, żebym okrzyknęła ten film arcydziełem.

Ekranizacja trwa 108 minut, z czego pierwsza godzina to jeden, długi flashback, w którym dowiadujemy się jak to Wade Wilson staje się tytułowym Deadpool’em. Bez zbędnych spoilerów, po tej długiej godzinie, przechodzimy w końcu do zasadniczej części filmu. Według mnie produkcja odniosła sukces ze względu na bohatera, który jest dość nietypowy. Przede wszystkim sam twierdzi, że nie jest kimś dobrym. Ogromny plus za to, że jakimś cudem wplątali się w to członkowie X-Men’ów, których uwielbiam (szkoda, że zaledwie dwóch).

Szczerze mówiąc bawiłam się o wiele lepiej podczas gry Deadpool: The Video Game, niż przy filmie. Spodziewałam się dobrej parodii, a dostałam narodziny bohatera. Ogólnie całość była o wiele bardziej normalna niż bym tego chciała.

Historia, poza wspomnieniami Wade’a, była bardzo krótka i przewidywalna. Według mnie potencjał tego filmu nie został wykorzystany, mimo to mamy do czynienia z całkiem niezłym kinem akcji, jeśli nie mam żadnych wymagań albo nie znamy głównego bohatera. Nie sądzę, żebym chciała obejrzeć tę ekranizację ponownie. Zawiodłam się i chyba długo mi nie przejdzie.


|Recenzja| Simon oraz inni homo sapiens by Becky Albertalli PRZEDPREMIEROWO | ★★★★★ |


Tytuł: Simon oraz inni homo sapiens
Autor: Becky Albertalli
Wydawca: Papierowy Księżyc
Miejsce wydania: Słupsk
Data wydania: 8 czerwca 2016
Liczba stron: 300

Ocena: ★★★★★


Czaiłam się na tę pozycję już od roku. „Simon oraz inni homo sapiens” jest dość populara w krajach anglojęzycznych. Może to być spowodowane tematyką, jaka jest poruszana w danej książce. Homoseksualizm nie jest już tematem tabu, tak więc stał się inspiracją do tworzenia tego typu historii.

Głównym bohaterem jest Simon Spier, ukrywający swoją orientacje seksualną, który od pewnego czasu koresponduje z Blue, chłopakiem ze swojej szkoły. Wszystko przypomina sielankową bajkę do czasu, gdy mail Simona trafia w niepowołane ręce szkolnego błazna. Od tej chwili Spier staje się ofiarą szantażu: albo zeswata Martina z przyjaciółką, albo jego miłosne wyznania ujrzą światło dzienne. Simon staje pod ścianą. Coming out nie jest dla niego niczym strasznym, ale martwi się o Blue, który może jeszcze do tego nie dojrzał. Spier postanawia zrobić wszystko co w jego mocy, żeby ocalić maile przed oczami reszty szkoły.

Chyba jedynym minusem jaki widzę jest nasza polska okładka. Nie zrozumcie mnie źle, nie jest okropna, ale zdecydowanie wolę oryginalną. Na szczęście oprawa zachowała minimalistyczny wygląd. Bardzo lubię okładki, które są jednego koloru, a w dodatku są proste. Całkiem dobrze wydawnictwo wybrnęło z tłumaczenia tytułu.

Sposób pisania autorki jest lekki, przez co szybko, a nawet za szybko, skończyłam czytać tą książkę. Becky Albertalli wykreowała wiele postaci, z czego każda z nich jest jedyna w swoim rodzaju. Sądzę, że znajdziecie swojego ulubionego bohatera.

Pierwszy raz miałam do czynienia z książką, w której wątkiem głównym był homoseksualizm. Nie jest on jednak przedstawiony w sposób, w który sobie wyobrażałam. Nie ma w niej nienawiści lub znęcania się odmienną orientacją. Duży plus za to.

Autorka postanowiła poprzeplatać rozdziały, w których ma miejsce akcja z mailami chłopców. Jeśli ktoś nie przepada za takimi środkami, powinien najpierw przeczytać chociaż kilka z nich. Jest w nich zawarte ogromna dawka humoru, z nutą sprośnych komentarzy, toną oreo, ale nie tylko. Chłopcy zwierzają się sobie. Ich wyznania są głębokie, a zarazem nic nie mówiące. Są sobie bliscy, a jednocześnie obcy.

Nie będę ukrywać, że już od pierwszych stron zgadywałam kim jest Blue. Do ostatniej kartki byłam w ogromnym błędzie! Osoba, którą okazał się być partner Simona, nawet przez chwilę nie przeszła mi przez myśl. Mimo to nie jestem zawiedziona. Scena ich spotkania jest tak urocza, że przez chwilę zazdrościłam im cudownego spotkania.

Podsumowując, zakochałam się w tej książce. Zostałam mile zaskoczona sposobem, w jaki autorka pokazał temat homoseksualizmu. Nie wiem, dlaczego niektórzy twierdzą, że książka ta jest surrealistyczna. Nie jest przesłodzona, nie jest sprośna. Według mnie jest idealna, szczególnie teraz, gdy mamy piękną pogodę. Zdecydowanie będę ją wszystkim polecać.

Dodaję Wam link do playlisty Simona, którą dostałam na stoisku Epikboxa podczas Warszawskich Targów Książki. Idealna do czytania! 

|Recenzja| Alicja po drugiej stronie lustra FILM | ★★★★✩ |


Tytuł: Alicja po drugiej stronie lustra
Reżyseria: James Bobin
Kraj pochodzenia: USA
Czas trwania: 108 minut
Premiera: 26 maja 2016 (Polska)

Ocena: ★★★★✩


Po długich sześciu latach w końcu doczekaliśmy się kolejnej części przygód Alicji i jej przyjaciół. Tym razem to Szalony Kapelusznik ma kłopoty. Zwariował. Niby nic dziwnego patrząc, jak się nazywa, lecz teraz oszalał
z tęsknoty do swojej rodziny. Miara oraz inni mieszkańcy Krainy Czarów postanawiają poprosić
o pomoc jedyną osobą zdolną uratować Kapelusznika.
Tak zarysowuje się fabuła według mnie, a taki krótki opis znajdziecie na Filmwebie:


„Alicja powraca do Krainy Czarów, by razem z przyjaciółmi powstrzymać złego Władcę Czasu
i przywrócić porządek w magicznym świecie.”

Nie koniecznie się z tym zgodzę, ponieważ do nie Władca Czasu namieszał w czasoprzestrzeni, ale
o tym się dowiecie, jak obejrzycie cały film.
Nie planowałam oglądania tej ekranizacji, ponieważ pierwsza część nie wywarła na mnie większego wrażenia. Jednak jak wiecie jeden z bohaterów, Absolem, miał głos użyczony przez samego Alana Rickmana, który jest moim ulubionym aktorem. Po jego stracie, która miała miejsce w styczniu, zdecydowałam, że musze obejrzeć jego ostatni film, nawet jeśli nie usłyszę go, ponieważ tego typu animacje są w Polsce dubbingowane. Tak właśnie znalazłam się w kinie na premierze w dzień swoich imienin.
Jestem zachwycona efektami specjalnymi, tak samo jak byłam za pierwszym razem, gdy poznawałam magiczny świat. Pewnie uznałabym ten film za genialny, gdyby nie główna aktorka. Wtedy jej nie byłam w stanie znieść, teraz również. Co gorsza w „Alicji po drugiej stronie lustra” to właśnie ją widzimy non stop na ekranie. Absolem, dla którego poniekąd poszłam do kina, miał swoją pięciominutową scenę. Występ innych bohaterów również został radykalnie zmniejszony.
Może z wyjątkiem Szalonego Kapelusznika i Elżbiety. W tej części poznajemy jej historię oraz Mirany. Dowiadujemy się, dlaczego głowa Elżuni jest ogromnych rozmiarów i jak to się stało, że jest tak okrutna. Wydawało mi się to bardzo ciekawe, ponieważ wszyscy z góry zakładali, że jedna królowa musi być zła, żeby ta druga była dobra. Nikt nie zastanawiał się dlaczego. Mimo to liczyłam na nieco poważniejszy powód przejścia na ciemną stronę i chęci skracania o głowę.
Jeśli chodzi o Kapelusznika to poznajemy jego smutną przeszłość. Już do samego początku różnił się od swojej rodziny. Ciągle starał się zaimponować ojcu, który w zawodzie kapelusznika widział jedynie powagę. Gdyby nie motyw z wspomnieniami, nawet Szalonego byśmy nie widzieli.
Poza tym nie mam się do czego przyczepić. Akcja filmu wciągająca, dzięki czemu przez chwilę nie zerknęłam na zegarek. Pierwszą część oglądałam ze słabym dubbingiem, nie wiem czy tak było, czy ja nie słuchałam najlepiej. Tutaj tego nie było. Niestety oryginalnych głosów aktorów również. Mimo to z przyjemnością obejrzę „Alicje po drugiej stronie lustra” ponownie.