|Maj| Podsumowanie miesiąca |

Zapraszam na podsumowania maja.

Gdyby ktoś powiedział mi miesiąc temu, jaki maj będzie intensywny, nie uwierzyłabym.
Moja czteroletnia przygoda z technikum dobiegła końca, a jakby tego było mało, zamieszkałam samemu. W dodatku przyszedł czas na egzaminy maturalne! Miałam wrażenie, że ciągną się niemiłosiernie i z każdym kolejnym wychodziłam bardziej wymęczona. Matury ustne były moim największym koszmarem, ponieważ bardzo nie lubię odpowiadać przed kimś. Ku mojemu zdziwieniu oba zdałam na 100%! A jak to bywa po egzaminach, czas na relaks! 
Do 18 maja praktycznie nie ruszyłam żadnej książki. Czytanie było dla mnie przyjemnością, która powodowała wyrzuty sumienia, że nie powtarzam języka polskiego albo biologii. Dzisiaj, to jest ostatniego dnia maja mogę się pochwalić, że udało mi się przeczytać 5 książek. 
W maju udało mi się po raz pierwszy wybrać na imprezę książkocholików. Tak, byłam na Warszawskich Targach Książki. Miałam ogromną przyjemność poznać panią Joannę Fabicką. Chciałabym tutaj podziękować wszystkim, którzy mi w tym pomogli 😉 Czułam się niebywale dumna z siebie, że poruszałam się w tak wielkim mieście samemu. 
Pomijając moje książkowe podboje, zakochałam się w serialu Dom Grozy. Nieustannie odliczałam do 4 sezonu Orange is the new black, który już niebawem zagości na Netlfix’ie oraz ku uczczenia pamięci Alana Rickmana w dzień swoich imienin wybrałam się do kina na Alice po drugiej stronie lustra. Mimo dubbingowanej wersji, w której nie dane było mi słyszeć jego głosu, film bardzo mi się podobał. Chyba nawet bardziej niż pierwsza część. Jednak nadal nie mogę znieść tego, kto gra Alicję! 
Z innych ciekawostek to w końcu skróciłam włosy! Prawie z nieprzymuszonej woli. Pozdrawiam Sarę 😉 Jednak nie żałuję decyzji.
Nadal czekam na przesyłkę złożoną na stronie Yatta.pl, która mam nadzieje niebawem przyjdzie. Od 29 marca minęło trochę czasu… 
Serdecznie dziękuję portalowi efantastyka.pl oraz wydawnictwu SQN za egzemplarze recenzenckie.
Tego aktualnie słucham! SPOTIFY
A teraz czas na podsumowanie w zdjęciach!
Pierwsze selfie w nowym mieszkaniu
Koniec szkoły!
Spotkanie z panią Joanną Fabicką
Pierwsza podpisana książka!
I tyle z zapuszczania długich włosów 😛
Targowe zdobycze
Nagroda na koniec szkoły
Pierwsza książka od WSQN, nagroda od wyd. Jaguar oraz #me
Majowy stosik przeczytanych 
Faworyci tego miesiąca
Maj w ksiażkach
Książki od efantastyka.pl 

Dom Grozy
Alicja po drugiej stronie lustra

|Recenzja| Małe wielkie odkrycia by Steven Johnson | ★★★★ |

Tytuł: Małe wielkie odkrycia
Autor: Steven Johnson
Wydawca: Wydawnictwo SQN
Miejsce wydania: Kraków
Data wydania: 2 grudnia 2015
Liczba stron: 288
Ocena: ★★★★

Próbując przekazać komuś wiedzę bardzo łatwo możemy do niej zniechęcić.  Długie tyrady i ściany nudnego tekstu od lat powodowały, że uczniowie zasypiali z podręcznikami w dłoniach. Jak sam Steven Johnson podkreśla w swojej książce „Małe wielkie odkrycia”, najważniejsze jest zaciekawić czytelnika, a nie na wstępnie zrazić go to lektury.
Autor przedstawia historię banalnych, a zarazem bardzo ważnych odkryć, które zrewolucjonizowały życie człowieka za pomocą Efektu Kolibra. Jest to założenie, że niewielka zmiana w doczesnej egzystencji prowadzi do zmian w jej dalszych procesach. Wynalazek jednego twórcy daje początek idei kolejnego. Na przykładzie tego jak zwykły handel bryłami lodu, z początku spisany na ogromne straty, z biegiem lat dał początek możliwości posiadania dziecka przez pary lesbijskie oraz zamieszkiwania terenów o pustynnych klimatach.

Szkło, zimno, dźwięk, czystość, czas i światło.
Steven Johnson podjął się trudnego zadania. W swojej książce zebrał sześć odkryć, a następnie po nitce do kłębka, sumiennie, ale przyjaźnie dla czytelnika przedstawił ich wpływ na dalszy rozwój człowieka.
W książce nie dopatrzymy się trudnych terminów naukowych, które wprowadzą zamęt. Znajdziemy natomiast sporo fotografii przedstawiających zagadnienia z danego rozdziału. W dodatku poznamy historie odkrywców. Jak to się stało, że Frederic Tudor wpadł na pomysł sprzedawania ogromnych brył zamarzniętego lodowca na sawannie, dlaczego trafił do więzienia i jak odkrycie zalet zimnego surowca wpłynęło na dalsze jego losy.
Książka jest napisana niesamowicie lekkim stylem, która mimo braku fabuły wciąga do tego stopnia, że ciężko ją odłożyć. Autor zadbał o każdy szczegół, dogłębnie zbadał przedstawiane przez siebie materiały i ukazał je w sposób dostępny dla każdego. Jak sam twierdził, nie pisał dla fachowców, lecz zwykłego człowieka, który pragnie wiedzieć więcej. Sama okładka tej książki pokazuje co znajdziemy wewnątrz. Prostota, a zarazem magia, która wynika z oczywistych rzeczy.
Według mnie publikacja ta zachęca do poznawania otaczającego nas świata, a zarazem propaganduje naukę, podając na tacy łatwo przyswajalne informacje, a nie suche fakty, niczym z szkolnych podręczników. Osobiście poleciłabym ją młodzieży, z nadzieją, że rozpali w nich zamiłowanie do kształcenia się. Do zgłębiania oczywistych faktów, które przyniosły niesamowite skutki.


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu SQN

|Recenzja| #me by Joanna Fabicka | ★★★★★ |


Tytuł: #me
Autor: Joanna Fabicka
Wydawca: Ya!
Miejsce wydania: Warszawa
Data wydania: 30 marca 2016
Liczba stron: 208

Ocena: ★★★★★

Autorka bestsellerowego cyklu książek o dojrzewaniu nastoletniego Rudolfa Gąbczaka i jego dysfunkcyjnej rodziny po raz kolejny zdecydowała się poruszyć trudny temat. Na zaledwie dwustu stronach przedstawiła tragiczną historię młodej dziewczyny.
Sara Krawczyk, przez ambicje swojej matki Ewy, zaczyna naukę w liceum, które szczyci się nienaganną opinią. Nie było to jej marzenie. Znów musiała porzucić swoich przyjaciół, tak jak kiedyś rozstała się z rodziną ze strony ojca. Już od samego początku dziewczyna zdaje sobie sprawę, że nie należy do świata snobistycznych uczniów tej szkoły. Młoda licealistka nigdy nie zwracała uwagi na swój wygląd, który odbiegał od ideałów przedstawianych na okładkach czasopism. Czuła się jak damsko-męska hybryda. Jej matka natomiast wykorzystywała każdą możliwą okazję, żeby przypomnieć o tym swojej dorastającej córce.
Ewa Krawczyk – szycha wśród miejscowych dziennikarzy, alkoholiczka, beznadziejna matka. W przeciągu kilka lat przeżyła więcej imprez, miała kilku partnerów i życie towarzyskie, o którym Sara mogła tylko pomarzyć. Jednak życie publicystki przypominało ciągły rollercoaster, a co za tym idzie, jej córki również.  Najpierw długie godziny ciągłej pracy, potem wynagradzania dziewczynie straconego czasu, kłótni, wszystkich złych chwil. Kolejnym etapem były ogromne porządki, mające na celu wprowadzenie harmonii do domu Krawczyków, tylko po to, żeby chwilę później runąć na samo dno.  
Książka ma zwrócić uwagę czytelnika, że problem alkoholizmu nie dotyczy tylko mężczyzn, osób, którym coś w życiu nie wyszło. Joanna Fabicka przedstawia to za pomocą dwóch postaci. Gdy Ewa zaczyna swoje libacje, zapomina o wszystkim co ją otacza. Jej córka stara się wtedy ignorować zachowanie matki, czując do niej coraz większą nienawiść. Z ich mieszkania słychać kłótnie lub głośne powroty w środku nocy. Sąsiedzi jednak starają się to ignorować, gdyż boją się Ewy, która jest dość ważną osobą. Licealistka nie ma nikogo, komu ufała na tyle, żeby prosić o pomoc. Lata wbijania negatywnych komentarzy do głowy Sary skutkowały tym, że dziewczyna zaczęła obwiniać siebie o wszystko. W dodatku nie mogła zapomnieć i odwrócić się od matki. Jaka była, taka była, jednak zawsze to matka.
Mimo wszystko nie jest to książka, która przedstawia udręczony życie piętnastolatki. ,,#me” w swoim repertuarze ma całą gamę uczuć. W powieści nie brakuje wzruszających scen i dziwnych przyjaźni. Byłam bardzo zdziwiona, gdy główna bohaterka nie została sprowadzona na manowce. Jednak uważam to za wielką zaletę. Ciężko mi określić, czy ta historia jest odpowiednia dla młodzieży. Nie wiem jaki zakres wiekowy aktualnie określa tę grupę, a nie chcę nikogo urazić. Jednak według mnie osoby szesnastoletnie będą w stanie zrozumieć losy Sary.
Książka jest napisana stylem potocznym dzięki czemu szybko się czyta. Jeśli jednak rażą Was zapożyczenia z języka angielskiego albo wulgaryzmy to możecie być niezadowoleni. Według mnie nie ujmowały niczego historii. Jedynym minusem jest dla mnie otwarte zakończenie, które zostawia nas zawieszonych w środku akcji.
Jestem bardzo zadowolona, że sięgnęłam po tę pozycję. Mimo tego, że jest bardzo krótka, dla mnie jest książką roku i polecam ją z całego serca.
Jeśli ktoś chciałby spotkać się z autorką, to będzie na tegorocznych Warszawskich Targach Książki (21.05).

|Recenzja| Rok szczura. Wędrowniczka by Olga Gromyko | ★★★ |

Tytuł: Rok szczura. Wędrowniczka
Autor: Olga Gromyko
Wydawca: Papierowy Księżyc
Tom: 2
Data wydania: 13 kwietnia 2016
Liczba stron: 464

Ocena: 


Książka rozpoczyna się dość nieprzyjemnie, a mianowicie śmiercią Babki Szuły. Prowadzi to do stypy, na której zjawiają się wszyscy mieszkańcy wioski. Wśród nich jest również goniec Tsara. Przekazuje on prośbę władcy pobliskich wsi dotyczącą wynajęcia kilku chłopów do odbudowy miasta. Jest to pierwszy wątek tej powieści, który dla mnie był najmniej ciekawy. Przeplata się on z przygodami trójki głównych bohaterów.

Są nimi Żar, Ryska i Alk. Pierwszy z nich opanował sztukę kradzieży do tego stopnia, że czasem nawet nie wie, jakim cudem coś znalazło się w jego posiadaniu. Jego przyjaciółka, Ryska, to nieśmiała, młoda kobiet, która odkryła dar Widzącej. Towarzyszy im młody Sawrianin, szczuro-człowiek, o imieniu Alk.

Relacje, jakie łączą trójkę bohaterów, ciężko mi opisać. Żar i Ryska są sobie bliscy niczym rodzeństwo. Natomiast między mężczyznami często dochodzi do kłótni, które doprowadzają nas do śmiechu. Dziewczyna wydaje się być jedynym powodem powstrzymującym Alka i Żara przed walką na śmierć i życie.

Książka została napisana lekkim stylem, więc jeśli ktoś się wczyta, to na dobre. Na początku miałam z nią duży problem, ponieważ wiele rzeczy z poprzedniego tomu nie było odświeżanych, bardzo często autorzy przypominają, przynajmniej oględnie, wydarzenia z poprzedniego tomu, dzięki czemu czytelnik może zapełnić luki w pamięci. Olga Gromyko zbudowała jednak niesamowity świat. 
Wszystko tworzy razem spójną całość.

Bardzo się zdziwiłam, ponieważ w książce nie pojawił się wątek miłosny, którego mi brakowało. Mam również mieszane uczucia co do motywu wędrujących chłopów, ponieważ nie wprowadzał on nic nowego do głównej fabuły. Spokojnie mogłabym ominąć te fragmenty i wydaje mi się, że nie straciłabym za wiele. Historie męskich bohaterów nie nadają nowego sensu całości treści. Jednak może to być tylko moje zdanie albo pisarka szykuje coś w kolejnej części. Inną kwestią, która w pewnym momencie zaczęła mnie irytować, było ciągłe budowanie napięcia, po to, by chwilę później się ono ulotniło. Mam jednak dobre przeczucia co do następnego tomu.
Skąd jednak pozytywne zdanie, skoro tyle rzeczy okazało się nie być całkowicie dla mnie przejrzyste lub interesujące? To proste. Kłótnie Żara i Alka absolutnie mnie pochłonęły. Złodziej stara się udowodnić, że jest lepszy od szczura, ciągle broniąc godności przyjaciółki. Nie mówię tutaj o obelgach. Alk, mimo szlachetnego urodzenia, jest dość zbereźną postacią. Za cel obrał krępowanie biednej Ryski. Jest to również pierwsza książka, w której spotkałam się z kobiecymi dolegliwościami. Alk oferujący pomoc dziewczynie na początku wydał mi się uroczy. Dopóki do mnie nie dotarło, dlaczego „lekarstwo” Sawrianina zadziała od przyszłego miesiąca, ale będzie skuteczne przez długi okres.

 – A dałbyś radę ten ból usunąć? Znaczy jak tamto przeziębienie?

 – Mogę cię od niego w ogóle uwolnić – zaproponował w odpowiedzi. – Co prawda dopiero do następnego miesiąca, ale za to prawie na rok.

To chyba nic dziwnego, że Alk stał się moim pupilem. W dodatku z wyglądu przypomina prawdziwego boga o wyrzeźbionym ciele i długich białych włosach, które są splecione w warkocze.
Nie mogę nigdzie znaleźć informacji o tym, kiedy wyjdzie kolejny tom, ale mam nadzieję, że uda mi się do tego czasu nadrobić pierwszą część. Na początku sama zniechęcałam się do tej książki. Jednak im więcej było w niej dwóch bohaterów, wciąż kłócących się o to samo, ale w dość zabawny sposób, tym bardziej się do niej przekonywałam. Samej na pewno bym nie sięgnęła po tę pozycję, ale jestem zadowolona, że się do niej na początku zmusiłam.


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Papierowy Księżyc oraz eFantastyka.pl
LINK

|Recenzja| Adept by Adam Przechrzta | ★★★★★ |


Tytuł: Adept
Autor: Adam Przechrzta
Wydawca: Fabryka Słów
Tom: 1
Data wydania: 13 kwietnia 2016
Liczba stron: 464

Ocena: ★★★★★

Akcja książki ma miejsce w dwudziestowiecznej Warszawie. Wskutek zjawiska, które autor określa Koniunkcją, w centrum miasta pojawia się enklawa. Panujące w niej zasady łamią wszelkie prawa fizyki, a fenomen odgrodzonego terenu przyciąga wielu ludzi. Między innymi adeptów alchemii, którzy szukają tam Materii prima. Ta boska cząsteczka posiada ogromną moc, zdolną pobudzić do życia niesamowicie groźną faunę. Ostatnimi czasy enklawy stały się jeszcze bardziej niebezpieczne. Osoby, które zapuściły się w głąb getta, nie wróciły. W dodatku jego mieszkańcy znaleźli sposób, by obejść pręty wykonane ze srebra, jedynego stopu metalu na tyle silnego, aby powstrzymać faunę.

Podczas jednej z eskapad do enklawy Olaf Rudnicki, wyśmienity aptekarz oraz alchemik, spotyka na swojej drodze rosyjskiego oficera carskiej armii, Aleksandra Samarina. Są to główni bohaterowie tej książki. Każdy z nich ma własne cele, jednak zdają sobie sprawę, że do ich realizacji potrzebują pomocy tego drugiego. Olaf stara się nie angażować w politykę, jednak i tak zaczyna w niej uczestniczyć.

Sięgając po „Adepta”, bałam się, że moja niewystarczająca wiedza historyczna odbierze mi przyjemność z czytania. Przechrzta opiera jednak swoją wizję głównie na wymyślonych wydarzeniach, a elementy przeszłości dostosowuje do książki. Ugrupowanie Sztyletników, które podczas powstania styczniowego likwidowało konfidentów i ludzi działających na niekorzyść państwa Polskiego, pojawia się w „Adepcie”.

Dużym zaskoczeniem okazuje się motyw teologiczny. Materia prima, która dała życie faunie, hybrydom oraz demonom jest cząstką samego Boga. Jednak najpotężniejszą magią są Słowa. Poznanie ich może skończyć się śmiercią, natomiast raz opanowane służą za broń.

Adam Przechrzta urozmaica powieść różnorodnymi wątkami oraz ciekawymi bohaterami. W książce znajdziemy komiczne sceny oraz miłosne schadzki. Co do ostatnich widać, że są pisane z punktu widzenia mężczyzny. Nie ma w nich miejsca na głębokie wyznania czy silne uczucia, co wydaje mi się bardzo ciekawe. 


Każda z osób posiada własną historią, która w połączeniu tworzy ekscytującą całość. Jak wspomniałam wcześniej bohaterowie mają własne cele. Dzięki temu, że autor przedstawia wydarzenia z różnych punktów widzenia, poznajemy czym się oni kierowali dokonując swoje decyzje. Jednak nie do końca, przez co historia dalej jest owiana tajemnicą i pełna niedomówień.

Czytając ,,Adepta”, nie mogłam pozbyć się uczucia, że poruszam się po dawnej Warszawie, która jest spowita mrokiem, a za rogiem może kryć się niebezpieczeństwo. Autor fenomenalnie przedstawił życie panujące w danym czasie, stroje, szczególnie dam, oraz  wplótł w to fantastyczne elementy.
W tym tomie Adam Przechrzta skupił się na kreowaniu świata, co według mnie udało mu się rewelacyjnie. ,,Adept” okazał się kompletnie inną powieścią niż się spodziewałam, mimo to jestem nią zachwycona.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Fabryka Słów