|Recenzja| Grey. Pięćdziesiąt twarzy Greya oczami Christiana by E. L. James | ★★★ |

Autor: E. L. James
Tytuł: Grey. Pięćdziesiąt twarzy Greya oczami Christiana
Liczba stron: 740
Średnia cena: 40 zł
Ocena: ★★★
Jak już wspomniałam w ostatnim wpisie. Trylogia E. L. James w pewien sposób mnie urzekła. Z tego powodu miałam bardzo wysokie wymagania co do tzw. czwartej części, pisanej tym razem z punktu widzenia Christiana. Dodam, że jest to ta sama historia, z którą mamy do czynienia w Pięćdziesięciu Twarzach Grey’a. Zostaję jednak ona urozmaicona fragmentami, która obrazują nam co naszemu Christianowi siedzi w głowie. Jak możecie się domyśleć, nie są to niewinne uwagi, tak jak to miało miejsce z Aną. Są one dość konkretne i generalnie nawiązujące do tego, jak nasz główny bohater jest w nastroju na Pannę Steele. Spotkałam się z kilkoma opiniami, że można w takim razie przeczytać Grey’a zamiast pierwszej części. Otóż nie. Ostatnie dzieło tej serii ma za zadanie jedynie pomóc nam zrozumieć co bohater przeżywa, a jeśli znacie już historię, chociażby tylko z pierwszej części, to wiecie, że Christian jest dość skomplikowanym mężczyznom z dość mroczną historią. Nie opowiada ona jednak o tym co się dzieję z Anastasią, a przecież kolejne części są pisane z jej punktu widzenia.

Podobają mi się sny Christiana, w których mamy pokazane jego dzieciństwo. Nie jest to jednak opowiadanie, a zaledwie krótkie fragmenty. Oczywiście po nich budzi się, zalany potem. No chyba, że jest obok Panna Steele, która ma na niego taki dobry wpływ.  To w pewien sposób zabija to, co tak bardzo mi się spodobałow pierwszej części. Według mnie ta książka nie tylko obnaża Grey’a ale pokazuję jego „miękką” stronę, która nie należy do moich ulubionych. Według mnie wprowadza to tandetny motyw mężczyzny, który uważa się za potwora, ku zdziwieniu zakochuje się, ale do tego nie przyznaję, a na sam koniec chce się zmienić dla nowej kobiety w jego życiu, która już odeszła… Lekki banał. Nie wiem czy Pani James nie miała w planach tej części i po prostu wysłuchała błagań fanów, czy wypaliła się bo tak dużym sukcesie. Spotkanie z lekarzem Grey’a bardzo mi się spodobało, bo w końcu wiem o czym rozmawiali podczas wizyt. I tak jak na początku ceniłam sobie jego cięte riposty względem samego siebie, które jego Wewnętrzny Głos dość często stosował, tak w pewnym momencie stały się dla mnie oczywiste. Nie wiem czy pamiętać niewinny żart Any spotkaniu z ginekologiem, gdy udaję, że przez najbliższy miesiąc nici z igraszek. Jeszcze dużo przed tą sceną domyśliłam się jego reakcji. „What the hell?!” – z racji czytania oryginału, u mnie wyglądało to w ten sposób. Dosyć banalne i mam wrażanie, że James nie wykorzystała potencjału jaki leżał w tej części. Z drugiej strony może założyła, że skoro pierwsza część odniosła sukces, a też nie była zbyt wyrafinowana pod względem słownictwa, to ta też zadowoli czytelnika. Zapewne czytaliście plotkę, nie wiem czy to prawda, że pierwsza część nie była edytowana w obawie o zbyt wysokie koszty. Rozumiem, ale po trzech książkach, które pobiły nawet historie Chłopca, Który Przeżył, chyba koszt związany z poprawkami tej części nie byłby aż tak straszny, prawda?

Nie zrozumcie mnie źle. Nie uważam tej książki, za jakąś porażkę, ale patrząc na to jak nasz Grey jest opisywany, a potem czytam i widzę co mu siedzi w głowie… Jedno wyklucza drugie. Po co próbować na siłę przekonać nas, że główny bohater to sadystyczny drań, skoro to tak naprawdę zagubiony mężczyzna?
Ogólnie mówiąc cieszę się, że jest ostatnia część i szczerzę mam nadzieję, że ostatnia. Doceniam starania autorki, ale gdyby to dzieło ukazało się jako pierwsze to nie wiem czy przekonałoby mnie do kolejnych części. Podejrzewam, że gdyby nie podróbki 50TG, który był na tak niskim poziomie i tak perfidnie skopiowane to oceniłam tą część niżej.


|Książka VS Film| Pięćdziesiąt twarzy Greya |

Książka

autor:                 E. L. James
gatunek:             Literatura obyczajowa i romans
data wydania:     5 września 2012

Film

reżyseria:           Sam Taylor-Johnson
scenariusz:         Kelly Marcel
gatunek:             Melodramat
premiera:           13 lutego 2015 (Polska);                                        9 lutego 2015 (świat)

Zdaję sobie sprawę, że na swój pierwszy pojedynek nie wybrałam lekkiego i przyjemnego dzieła, a dość kontrowersyjny, który albo jest kochany albo nienawidzony. 

Na początku chcę zaznaczyć, że jestem fanką trylogii. Nie, nie należę do grup BDSM. Przyznam, że o pierwszej części usłyszałam dopiero około roku 2010, gdy moja koleżanka z gimnazjum zacytowała mi fragment z „pieprzeniem”… Teraz, gdy o tym myślę… Matko, co ona czytała w wieku 14 lat?! 

Wróćmy jednak do tematu. Nie widziałam książki, nie słyszałam o niej, nawet nie znałam tytułu. Aż w 2014 roku, w wakacje wybrałam się do duńskiej księgarni.  Ze względu na to, że mój partner jest prawdziwym miłośnikiem książek, zanurkował w regały, a ja pozostałam sama sobie. Wtedy właśnie zdecydowałam się na pierwszą część trylogii. Nie oszukujmy się, nie jest ona pisana na wysokim poziomie, dzięki czemu byłam w stanie ją zrozumieć (moja pierwsza, tak długa książka, w języku angielskim). I tak sobie czytałam, czytałam i czytałam, aż dotarło do mnie, że naprawdę mnie wciągnęła. Nie ze względu na erotyczną stroną, ale za to, że było to coś kompletnie innego, od tego, co zawsze czytałam. Wróciłam do polski, w samolocie skończyłam czytać pierwszą część i byłam załamana, ponieważ nie chciałam czytać kolejnej w języku ojczystym. Chciałam całą serię w jedynym języku. Wtedy właśnie otrzymałam niespodziankę, drugą część od mojego narzeczonego. Był to chyba wrzesień jeśli się nie mylę. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłam zwiastun filmu. Nie wiem dlaczego wyobrażałam sobie, że wszystkie 3 części będą „zapakowane” w jeden film… Ale na święta dostałam ostatnią część i pochłaniałam ją jak szybko się tylko dało.

W dzień swoich 19 urodzin, czyli 19 lutego wybrałam się z mamą do kina i… w życiu się bardziej nie rozczarowałam! Jeśli ktoś z Was uważa, że książka była płytka to nie wiem jak nazwać film. Nie czepiam się tego, że niektóre sceny zostały pominięte, czy zmienione dla wygody reżysera. Pytam jednak, dlaczego spłycili całą pierwszą część do czegoś w rodzaju damskiego filmu pornograficznego? Sporo rzeczy musiałam mojej mamie dopowiadać podczas filmu. Scena, przed wyjściem do rodziców Grey’a i pytanie czy ma wszystko dla mojej mamy było kompletnie zbędne, bo skąd mogła wiedzieć, że Ana nie ma bielizny… Po filmie, moja mama zauważyła, że zamiast mieć maślane oczka, ciskałam piorunami. Nawet nie wiecie jak się cieszyłam, że nie płaciłam za bilety, a dałam wygrane wejściówki… Możecie sobie wyobrazi jak wyglądałam, bo moja mama od razu kupiła trylogię i zaczęła czytać.
Mam wśród swoich znajomych takie osoby, które poszły obejrzeć film po lekturze i takie, które… o matko… po filmie zaczęły czytać od drugiej części… Zauważyłam jednak, że czytelnicy E.L. James byli równie „zachwyceni” filmem jak ja. Natomiast osoby, które wybrały się do kina, bo wszyscy idą, bo słyszeli jakie sceny mogą w nim być, albo, że przez sekundę widać członka aktora, była zachwycone filmem. 

Udało mi się obejrzeć ten film jeszcze raz, tydzień temu. Nie byłam już tak negatywnie nastawiona, ponieważ minęło sporo czasu od kiedy przeczytałam książki. To tak samo jak pierwszy raz zobaczyłam aktora, który miał grać Christiana Grey’a. Pierwsza moja myśl: ”Że niby on?! Przecież on wygląda tak… tak… grzecznie?”. Jednak im więcej razy patrzyłam na niego, tym bardziej mi pasował do roli, aż w końcu wpadłam. Byłam jednak zawiedziona grą panny Steel, która prawdopodobnie prze chichotała ponad połowę filmu. Kto reaguje w ten sposób, kiedy facet rzuca cię na łóżko?

Tak więc jak mówiłam, pomimo iż według mnie książka bije film w każdej możliwej kategorii, to nie jestem w stanie sobie wyobrazić, że nie obejrzę kolejnych części. Na pewno jednak nie pójdę z tak wysokimi wymaganiami dotyczącymi filmu. Może się miło zaskoczę. Nie spodziewam się również swojej osoby w kinie w dzień premiery, pewnie przeczekam falę napalonych dzieciaków, którzy marzą o tym, żeby obejrzeć ten film w ciemnym pokoju…

Ogólnie zawiodłam się filmem, który miałam nadzieję, podkreśli, że ta książka to nie tylko denny erotyk, a ku mojemu zdziwieniu jeszcze bardziej to uwydatnił. Jestem ciekawa co reżyser zrobi z kolejnymi częściami, bo przecież Grey przechodzi tam ogromne przemiany, powoli odchodząc od biczowanie naszej chichotki… Wiem, że moja opinia „książka lepsza od filmu” jest dość banalna, ale tak jak wyżej pisałam – mam ogromny problem z adaptacją tej książki. Dlatego według mnie, książkia bije film w każdej możliwej kategorii.

|Recenzja| Pierwszych piętnaście żywotów Harry’ego Augusta by Claire North | ★★✩ |

Autor: Claire North
Tytuł: Pierwszych piętnaście żywotów Harry’ego Augusta
Liczba stron: 462
Średnia cena: 30 zł
Ocena: ★★✩


Mam wrażenie, że książka ta byłaby idealną lekturą szkolną. Zagmatwana, pełna historycznych faktów, wprost stworzona, żeby uprzykrzyć życie biednym uczniom w szkole. Czytałam ją z długimi przerwami. Na początku kompletnie zwariowałam na jej punkcie, dodam, że odkryłam ją na długo przed tym jak natrafiła na polski półki w sklepach. Jednak jestem naprawdę szczęśliwa, że przeczekałam i sięgnęłam po jej polską wersję.
Nad tytułowym bohaterem wisi klątwa i nie chodzi o dość przykre okoliczności, w jakich został spłodzony, a następnie się urodził – Harry August przeżywszy kilkadziesiąt lat, umiera a następnie odradza się jako ta sama osoba, pamiętając wszystko, co przytrafiło mu się w poprzednim wcieleniu. Cykl ten wydaje się nie mieć końca. A co najdziwniejsze, ludzi podobnych do Harry’ego jest całkiem sporo i tworzą oni tajemnicze istniejące od tysiącleci Bractwo Kronosa.
Przez pierwsze rozdziały, a jest ich nieco ponad osiemdziesiąt, mamy do czynienia z opisem psychiki człowieka, który dopiero odkrywa sens swojego życia. Fakt, że trwa to więcej niże jeden żywot, jest dość przytłaczający. Harry stara się przeżyć każde swoje życie w inny sposób, od lekarza, przez profesora, dziennikarza do mafiosa. Oczywiście na początku stara się odnaleźć w tym wszystkim Boga, jednak szybko odchodzi od tego pomysłu. 
Będąc de facto nieśmiertelnym może sobie pozwolić na spokojne rozkoszowanie się upływającym czasem, chociaż częściej przychodzi mu mierzyć się z autentycznymi zagrożeniami, gdy na jego trop wpadają ludzie chcący wykorzystać zgromadzoną przez niego wiedzę na temat przyszłości. Autorka nie oszczędza swojego bohatera, przynajmniej kilkanaście razy czytamy o jego śmierci, która staje się raz dowodem gorzkiej klęski, innym razem paradoksalnie może być spektakularnym tryumfem nad dręczycielami.

Chaos jaki wprowadza autorka jest nie do ogarnięcia, a jednak wszystko układa się w jedną czytelną myśl. Nie jestem w stanie określić książki pod kątem fizycznym. Moja przygoda z tą dziedziną nauki zakończyła się w klasie pierwszej technikum, i na pewno nie na fizyce kwantowej. Jednak z punktu historycznego fakty się zgadzają . Claire North stawia na drodze Harry’ego wroga, z którym przyjdzie mu walczyć przez kilka żywotów. To właśnie ten wątek będzie nas utrzymywał w ciągłej niepewności. Gdyby nie on, posłałabym tą książkę w czeluści szafy. Jej fragmenty były męczące, musiałam być ciągle skoncentrowana na tym gdzie jestem i co się dzieję – idealna lektura szkolna. A jednak czuję się winna za tą jak ją oceniłam. Z jednej strony naprawdę doceniam pracę North, a z drugiej uważam ją za dość zagmatwaną. Może gdyby nie była umieszczona w literaturze młodzieżowej, to oceniłabym ją znacznie lepiej. 
Po kilku miesięcznej przerwie poczułam się winna, iż książka, która mnie urzekła, a jej okładka brokatowa śniła mi się po nocach leży, przeczytana nawet nie do połowy. Więc dwa dni temu znowu po nią sięgnęłam. Zawaliłam przez to dwa sprawdziany, ale według mnie – jeśli już ją czytasz, to unikaj przerw. Ku mojemu zdziwieniu druga część książki przypadła mi do gustu o wiele bardziej, ale natrafiłam na komentarze innych osób typu: Nie martwcie się! Akcja rozkręca się po sześćdziesiątym rozdziale!
O Króliku! (jakoś trzeba unikać przekleństw 😉 ) Idzie się zastrzelić, mając na uwadze ponad osiemdziesiąt rozdziałów. Naprawdę z całego serca chciałam pokochać tę książkę. Chciałam zabłysnąć tym jak skomplikowany motyw zawiera, a ja go w pełni rozumiem. A tu psikus! Chociaż dzisiaj na przygotowania do ustnej matury udało mi się poruszyć wątek z nią związany, także nie uważam tych kilku miesięcy za stracone.

Aktualnie mam zamiar skupić się na książkach, które są lekkie, łatwe i przyjemne. Szczególnie zależy mi na tym, żeby skończyć mój Book Challenge, w którym założyłam, że w 2015 roku przeczytam aż 25 książek! Dla Was może to być tylko 25, ale dla mnie, osoby, która nie uważała książki za coś interesującego to dość ważne. Póki co jestem za 22 książką, w połowie 23, i na pierwszych stronach 24. Trzymajcie za mnie kciuki!