|Recenzja| Saga Ognia i Wody. Księga pierwsza: Wielki błękit by Jennifer Donnelly | ★★★★ |

Autor: Jennifer Donnelly
Tytuł: Saga Ognia i Wody. Księga pierwsza: Wielki błękit
Część: 1 z 4
Cykl: Saga Ognia i Wody 
Liczba stron: 352
Średnia cena: 30 zł
Ocena: ★★★★


Dzisiaj pierwszy raz przygotowałam się do recenzji. Sporządziłam listę zalet i wad oraz kilka poręcznych informacji. Zmieniłam również wygląd postu. Od tej pory postaram się podawać informacje o książce wraz z jej oceną już na samym początku.

Zacznę od tego, że książka ta trafiła na moją Wishlistę jakieś 4 miesiące temu. Przeglądałam Upolujebooka, przeczytałam o czym mniej więcej jest i zaobserwowałam. Oczywiście jak tylko ją kupiłam, jej cena jednego dnia wynosiła 9 zł… Polecam obserwowanie interesujących nas pozycji. 
Jest to historia przeznaczona generalnie dla młodszych czytelników w wieku 12-14 lat. Ja należy do nieco starszych odbiorców, ale mimo to Wielki błękit wywarł na mnie pozytywne wrażenie. Przede wszystkim jest to dla mnie dość nowa tematyka. Do tej pory nie spotkałam się syrenami, no ale jak wspominała już kiedyś, dopiero od niedawna zaczęłam pochłaniać książki. Spotkałam się z wieloma opiniami, że historię o syrenach są dość idiotyczne, nudne, dziecinne i, albo się je pokocha, albo znienawidzi. Ja zdecydowanie ich nie nienawidzę. Nie chcę powiedzieć, że je kocham, ale to miła odmiana od czarodziei, duchów i wampirów. Zauważyłam jednak kilka błędów logicznych, na które pewnie młody czytelnik nie zwrócił uwagi. Chodzi mi tutaj na przykład o to, że historia toczy się w wodzie i nie jestem w stanie wyobrazić sobie, że nasza syrena potyka się i upada. Inny przykład syrena spadła z kamieni, które pod nią pękły. Dlaczego po prostu nie odpłynęła, nie unosiła się w wodzie? Ale to takie szczegóły.
Jest to historia o Serafinie, którą poznajemy tuż przed ogromną ceremonią, która ma udowodnić, że nasza główna bohaterka jest godna przejęcia władzy w królestwie. Na początku mamy pewien wątek miłosny, jednak on szybko ginie. Do tej pory wszystko strasznie mi się dłużyło, nie było jakiejkolwiek akcji. Dopiero po pewnym czasie zrozumiałam dlaczego. Jest to pierwsza z czterech części, a więc autorka musiała poświęcić sporo czasu na kreowanie świata, co jest bardzo dobrze wyszło. Opowiadała o morzach i oceanach w idealnej długości rozdziałach. Nie męczyły mnie i były do przejścia. 
Jestem pod wielkim wrażeniem nie tylko autorki, która wymyśliła śpiewane, rymowane zaklęcia, ale również tłumaczy którzy zachowali ich sens w różnych językach. Ogromne brawa.Wybaczcie jednak, że niektórych rzeczy nie będę nazywała po imieniu, ale to właśnie znalazło się na liście minusów książki. Nazwy. Na początku starałam się je czytać i zapamiętywać, ale nie dość że są to absolutnie wymyślone nazwy, to są bardzo do siebie podobne. Nie mam pojęcia jak młodzi czytelnicy przyswajają nazewnictwo, ale ja w pewnym momencie nie przykuwałam już do niego uwagi. Było to dla mnie męczące. Na szczęście autorka chyba podejrzewała, że jej neologizmy są dość kłopotliwe, ponieważ na końcu książki jest słownik, który zawiera wszystkie dziwne słowa, a nawet imiona bohaterów. Za to ogromny plus, chociaż mi się na wiele nie przydało ze względu, iż jest to na końcu książki, co jest nie poręczne przy ebooku. Widziałam również, że wersja papierowa ma mapę krain, w których toczą się wydarzenia. Genialny pomysł! Jak tylko mapa wpadła mi w dłonie w księgarni, zaczęłam ją studiować. To pomogło mi podążać ze biegiem wydarzeń. Autorka korzysta z realistycznych miejsc, np. rzeka Amazonka itp.
W końcu moja ulubiona część – bohaterki. Na początku dużą sympatią darzyłam Serafinę, no bo pierwsza i główna bohaterka… Potem Neelę, aż w końcu poznaliśmy Ling! Nasza pyskata, o ciętym języku syrenka. Jej moc również przemówiła do mnie najbardziej i to dosłownie. Ling jest omnivoxą (uwielbiam ten słownik), czyli posiada zdolność rozumienia i mówienia w każdym możliwym języku, który usłyszy chociaż raz. Mało to! Zna jego pochodzenie, dostrzega podobieństwa w innych językach. Coś niesamowitego. Doceniam, że Donnelly zastosowała taką różnorodność bohaterek.
Czytają tę historię mówiłam sobie: “Wow, chciałabym to zobaczyć na wielkim ekranie!”. A więc nie wiem, czy przypadkiem moje życzenie się nie spełni. Znalazłam coś na youtubie co wyszło spod ręki Disneya i mam ogromną nadzieję, że jest to jakiś mini zwiastun oraz piosenka, która została użyta. Zobaczcie sami:
Oczywiście wpisując Deep blue, znajdziecie jeszcze kilka filmików poświęconych powieści Donnelly, ja jednak postanowiłam pokazać Wam zaledwie dwa. 
Podsumowując, Wielki błękit otrzymuję taką ocenę tylko i wyłącznie ponieważ, nie chcę oceniać jej wyżej nie znając całej serii. Bardzo mi się podobała i na pewno kupię cały cykl Donnelly w wersji papierowej, teraz jednak będę inwestować w ebooki, żeby być na bieżąco i mieć wszystkie okładki z jednakowej ”paczki” na półce, gdy tylko się ukarzą wszystkie części.

|Recenzja| Płaczący chłopiec by Agnieszka Bednarska | ★★★★★ |

Wreszcie godna polecenia książka, która wyszła spod ręki polskiej autorki. Przeczytałam ją już jakiś czas temu, ale nie mogłam się zabrać, żeby o niej napisać. A mówię o „Płaczącym chłopcu” Agnieszki  Bednarskiej.  Z tą książką spotkałam się w Matrasie w dziale z horrorami. Moją uwagę przyciągnęła okładka, na której widać małego chłopca stojącego do nas tyłem na czymś rodzaju małego molo. Więc gdy moja mama ruszyła w poszukiwania 50 twarzy, ja zajrzałam o co chodzi w książce.
Jest to historia pewnego obrazu, który przedstawia naszego uroczego malca. Za każdym razem, gdy nasz obraz trafią pod czyjąś opiekę, wybucha pożar. Danielle, przyjaciółka nowego właściciela obrazu, postanawia udowodnić, że nie ma czegoś takiego jak klątwa ciążąca na portrecie Dominika. Lecz z każdą chwilą spędzoną z obrazem, nasza bohaterka uświadamia sobie, że zaczyna darzyć chłopca uczuciem, a nawet dopuszcza myśl o klątwie. Na swojej drodze spotyka dziennikarza, który również pragnie otrzymać odpowiedzi oraz kobietę, która zleciła namalowanie obrazu Dominika. Podczas podróży dzieje się naprawdę sporo rzeczy. Dowiadujemy się między innymi, że chłopiec z obrazu pochodził z wieloletniej rodziny, która w tragicznych okolicznościach oddała go do domu dziecka, gdzie spotkał Susan – kobietę, która pokochała go całym sercem. Susan Sparks została wysłana w celu sprowadzenia niemowlęcia dla siebie i swojego męża, gdy on się jednak dowiedział, że ukochana wybrała o wiele starsze dziecko kazał jej natychmiast wracać. Wtedy adopcja dziecka była czymś poniżającym, na co mąż Susan nie mógł sobie pozwolić. Tak więc Sparks porzuciła chłopca, który odkąd przebywał w sierocińcu odezwał się tylko do niej. Można by pomyśleć, że tu historia Dominika się kończy, ale nie. Po śmierci męża kobieta wraca po chłopca, ale go nie zastaje. Dlaczego więc obraz nawiedza jego właścicieli? Czy jest to zemsta na osobach, które pragną się nim zająć? Czyżby Dominiki obawiał się kolejnego porzucenia?
Książka jest naprawdę starannie napisana. Czytając ją byłam w stanie wyobrazić sobie najmniejszy szczegół, czułam zapachy, widziałam kolory. Wyobrażałam sobie w jakiej sytuacji jest nasza Danielle. Chociaż na początku byłam nieco zniechęcona do tej powieści (dość długo po nią nie sięgałam), była to na szczęście kwestia kilku stron. Jest to jedna z tych historii, którą pomimo wersji elektronicznej, chętnie przygarnęłabym w wersji papierowej. Chodź przyznam, że nie zaliczyłabym jej do horrorów… Motyw nawiedzonego obrazu – rozumiem, ale mimo wszystko to nie to. Zdecydowania soft horror, bez żadnych okrutnych scen.

Polecam tę książkę wszystkim czytelnikom. Z chęcią wrócę do niej w jesienne, długie wieczory. Zawiera ona zaledwie 320 stron i można ją już kupić za 25-29 zł. Bardzo ciekawa historia, podejrzewam, że uderzy prosto w serca kochających matek. Już dawno nie czytałam tak dobrej polskiej powieści, dlatego…
Z czystym sumieniem daję jej:

|Recenzja| Księżycowe dni by Patrycja Żurek | ★★ |

Kupiłam tą książkę wraz z poprzednią, a z racji, że ostatnio zaczytywałam się w dziwnych erotykach, najpierw sięgnęłam po Hieronima, żeby później przejść do czegoś milszego.
Książka kosztuję około 15-16 zł na różnych portalach internetowych. Ja oczywiście wybrałam wersję ebook. Nie mogę niestety nigdzie znaleźć ile ona ma stron (minus Kindle – nie można śledzić stron w ten sam sposób co w wersji papierowej), ale czyta ją się bardzo szybko. Rozdział nie są za długie, język nie za bardzo skomplikowany (nie wiem czy to tylko wersja elektroniczna, ale ja zauważyłam mnóstwo błędów leksykalnych – trochę mnie to drażniło). Czyta się ją szybko i przyjemnie.
Okładka na wstępie podsuwa nam pomysł o czym może być książka. Młoda zdolna Patricia (czyżby nawiązanie autorki do samej siebie?), która w dzieciństwie przeżyła tragiczną śmierć rodziców i podróżowała od domu dziecka do rodziny zastępczej, postanowiła wziąć los we własne ręce. Otworzyła firmę, ciężko pracowała. Aż nagle ni stąd, ni zowąd zostaję dostrzeżona przez wampira, Stefana. Jak się okazuję oferuję jej życie razem w Rumunii wraz z partnerem – Vladimirem. Oba wampiry różnią się od siebie. Stefan, oaza spokoju. Vladimir, pragnący zemsty na Królowej. A mimo to nasza Patricia zakochuję się w obu. Nie umie wyjaśnić co ją ciągnie do swoich Panów. I do tego momentu jestem w stanie zrozumieć książkę. W końcu szukałam dokładnie takiej książki. Erotyk o kobiecie i dwóch wampirach. Brzmi niesamowicie. Doceniam fakt iż wampiry są “stare” i posiadają ogromną wiedzę, którą chwalą się na stronach książki. Podoba mi się pomysł, że nie są to wampiry na wzór Edwarda, wyrzeźbione z marmuru, piękne, błyszczące w słońcu. Są to przeciętni mężczyźni, a Patricia nawet czasem mówi szczerzę, że nie grzeszą urodą. 
Jestem jednak dość zawiedziona zachowaniem głównej bohaterki. Zachowuję się niczym nastolatka, która tak naprawdę nie wie czego chcę od życia. Otrzymuję ogromną szanse bycie sobą wśród osób, które darzą ją silnym, ale jakże innym uczuciem. Uwaga spoiler! Nie będę ukrywać, że to ona właśnie spieprzy ich sielankowe życie, co zmieni typ książki z erotyka na coś w rodzaju Widzenia mistrza Hieronima, o którym pisałam ostatnio. Walka o przyszłość z Królową wampirów, nowi przyjaciele, no i oczywiście sercowe rozterki.
Jak wspomniałam wcześniej czyta się ją szybko. Czasami miałam wrażenie, że czas w książce przelatuje nam przez palce. I to dosłownie! Bywa czasem, że w ciągu kilku zdań jesteśmy o kilka miesięcy do przodu. Nie wiem czy autorka starała nam się skrócić czas, w którym nic by się większego nie działo i przejść bezpośrednio do akcji, albo po prostu sama gubiła wątek i chciała jak najszybciej przejść do czegoś większego. Nie mam jej tego za złe, szczerzę jestem wdzięczna. Zakończenie książki jest otwarte. Ciężko określić co się stało, jakim cudem do tego doszło i przyrzekam, że gdybym nie znalazła tej książki w dziale dla dorosłych to obstawiałabym, że szykuje się druga część. Może się wydawać, że nie jetem zachwycona tą powieścią. To nie prawda. Po prostu znowu spodziewałam się czegoś innego. Walki w książkach nie są moimi ulubionymi scenami jeśli z góry nie zakładam, że w ogóle jakieś będą. Dlatego też mam wrażenie, że oceniłam tą książkę zbyt surowo, ale każda ocena jest moim uczuciem i mimo to, że to właśnie na tą historię czekałam najdłużej, żeby w końcu do niej zajrzeć, oceniłam ją najniżej, dlatego…

Z czystym sumieniem daje jej:

|Recenzja| Widzenie mistrza Hieronima by Łukasz Gołębiewski | ★★★ |

Witam! Dość długo nie zaglądałam tutaj, a było to spowodowane szkołą, brakiem czasu na przeczytanie czegoś sensownego, później pracą, aż w końcu wyjechałam do Danii. Dopiero tutaj sięgnęłam po Kindle. 4 miesiące po ostatnim poście! Ale mam dobrą wiadomość, gdyż zaczęłam sięgać po polskie książki, chociaż mam wrażenie, że kupowanie ich online jest dla mnie dość oporne… Jestem w trakcie czytania 3 polskiej książki, więc uznałam, że dobrze by było zrecenzować 2 pozostałe, póki jeszcze nie zaczęły mi się mieszać. A więc do recenzji!

Przyznam szczerzę, że w euforii spowodowanej wyjazdem i tym, że jest to bardziej typ, po który sięgnął by mój TŻ, a ja chciałam chyba się mu przypodobać, wybrałam magiczno-historyczną powieść. I tak jak magia mi nie przeszkadza, tak z historią jestem całe życie na przekór. 

Książka wydawała mi się o wiele dłuższa, ale zawiera zaledwie 277 stron. 
Głównym bohaterem jest tytułowy Hieronim Bosch, malarz, którego Bóg obdarzył ogromnym talentem. A skoro sam Bóg dał mu taką moc, to pewnie myślicie, że Bosch nie maluje nic innego niż sielankowe krajobrazy i portrety świętych. Też tak myślałam, gdyż nie zagłębiałam się w opis książki. Ku mojemu zdziwieniu, które dość szybko mnie opuściło, Hieronim maluje coś na kształt piekieł i dantejskich scen. Są to wszystko jego sny, obrazy, który widzi są nie tylko jego wizją wywołaną podświadomie, ale z pomocą ziół, których żona Aleyt dodaję do jego farb podczas ich mieszania. Z góry mówię, nie, nie truje go. 
Stosunki między małżeństwem są dziwne. Hieronim wydaję się być zazdrosny o piękną, młodą żonę, którą podejrzewa o romans ze swoim uczniem, a jednocześnie sam nie okazuje jej uczuć. O swoich żalach spowiada się w modlitwie do św. Antoniego. Na początku drażniły mnie wywody jego duszy, które są poprzeplatane z każdym innym rozdziałem. Miałam wrażenie, że oglądam ciekawy film, a tu nagle reklama! Ale wracając do historii… Nasz drogi malarz zostaję oskarżony o morderstwo na młodej dziewczynie. Sceny jakie pokazuje na swoich obrazach nie są tajemnicą, więc morderstwo młodej i niewinnej istoty łączy się z nimi. Tym bardziej, że sposób w jaki dziewczyna zginęła jest również bestialski. Z pomocą rusza Kościół. Ufa on Boschowi i wie, że jest niewinny, wysyła więc swojego zaufanego człowieka na śledztwo. I tutaj zaczyna się podróż.
Moja uczucia do książki są dość dziwne. Z jednej strony podoba mi się historia, magia, a z drugiej w pewnym momencie zaczęłam się nudzić. Już na początku nasi główni bohaterowie wiedzieli, kto jest odpowiedzialny za okrutne zbrodnie i powoli, drobnymi kroczkami zbliżali się do walki. Tak ogólnie rzecz biorąc to nawet nie wiem, dlaczego nasz oprawca to robił. Pragnął władzy i mocy, ale nadal to do mnie nie dociera. No cóż… najwidoczniej nie jest mi to pisane. Jestem również pod wrażaniem tego jak autor pozbywa się głównych postaci. Gdy tylko zaczynałam darzyć sympatią jednego z bohaterów, on ginął… 
Byłam bardzo zadowolona, że książka zawierała sporo interesujących faktów oraz terminów, które mam nadzieję wykorzystam podczas matury. A jednak jestem zadowolona, że książka nie wymagała ode mnie ogromnej znajomości historii.
Ogólnie uważam, że ta książka nie jest zła, ale nie wydaję mi się, żeby była w moim typie. Czytając ją wydawała mi się dość toporna, ale może to dlatego, że nie było w niej żadnych romansów. Chociaż nasz główny bohater przyrzeka, że się zmieni i poświeci więcej czasu ukochanej żonie, nam nie jest pisane tego doświadczyć. Niestety, bo chętnie bym o tym przeczytała. Ale przechodząc do oceny…
Z czystym sumieniem daje jej: